Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Jedna historia, tysiące ulic i serc... <3.
1. Powiadamiam o notkach. TYLKO NA GG. Kto chce być powiadamiany, wpisuje się w księdze i podaje swoje gadu.
2. Numer z którego powiadamiam: 12755891. Na tym gadu będę rzadziej niż nas swoim prywatnym, ale na niego piszemy ze wszystkimi sprawami związanymi z blogiem. Pytaniami itp ;D.
3. Nadano mi imię Karina, a blog jest o moim związku z niżej nadmienionym Billem K., jednak zmieniłam imię dziewczyny. Nie lubię używać własnego. Nie pytajcie dlaczego. To takie osobiste zboczenie ;D.
----

Rozdział LXIV „Nowy członek rodziny”

To w sumie już... ostatni pełen rozdział. Coś ściska mnie w sercu, jak zawsze. Co prawda, to jeszcze nie koniec, ale wiem, że już niedługo. Gdybym nie miała czegoś nowego i nie była tym tak podekscytowana, pewnie byłoby mi bardzo ciężko. Jak wygląda życie bez pisania..?

Rozdział LXIV „Nowy członek rodziny”


Byłam wtedy w ósmym miesiącu. Dopiero ósmym! Mój brzuszek był taki okrąglutki, codziennie wieczorem siadywałam w wiklinowym fotelu przy łóżeczku tak bardzo oczekiwanego, nowego domownika i opowiadałam mu bajki, otulając się jednocześnie ciepłym kocem. Maluszek odpowiadał leciutkimi kopnięciami. Nigdy nie kopał mnie mocno, jedynie tak, jakby chciał powiedzieć „mamusiu, jestem tutaj i słyszę Cię”. Nigdy wcześniej mnie nie bolało, tak jak tamtego dnia.
Był 8 czerwca. Za oknem padał deszcz. Ciemne chmury zawisły nad Hamburgiem i nic nie wskazywało na to, że pogoda jeszcze dziś się poprawi. Z powodu ulewy wciąż tkwiliśmy z Billem w domu – gdzie moglibyśmy się ruszyć, gdy nasze ubrania przemakały w tempie sprintera, biegnącego właśnie życiówkę na stu metrach? Gdyby po przebudzeniu ktoś powiedział mi, że pod wieczór będę półprzytomna i otępiała bólem, nie uwierzyłabym, a co najwyżej, postukała się z litością w czoło. W niecałą godzinę po obiedzie poszłam do toalety, a ponieważ używam papieru toaletowego zawsze, bez względu na to, co robię, znów ujrzałam na nim krwawą plamę.
— Bill, znowu leci mi krew. — Mruknęłam, siadając na kanapie obok męża i podobnie jak on wlepiając wzrok w ekran telewizora.
Nie przejął się tym zbytnio: od ostatniej wizyty u lekarza zdarzało się to prawie codziennie i było nie tyle groźne, co uciążliwe.
— Połóż się, czy coś. — Poprosił, podgryzając precelki. — Powinnaś wypoczywać Kate. Zrelaksuj się. Wdech, wydech, takie tam. Osz kurwa!
Piłka odbiła się od słupka, a kibice niemieckiej drużyny na trybunach jęknęli przeciągle. Kaulitz podkręcił dźwięk, by lepiej słyszeć komentatora. Minęło piętnaście minut, w czasie których kotłowałam się na kanapie, walcząc z dziwnym otępieniem. Piłkarze biegali po boisku, a Czarnowłosy nie spuszczał oczu z ekranu, co jakiś czas pokrzykując hasła, zagrzewające drużynę do boju.
— Źle się czuję. — Jęknęłam w końcu.
Obiad który zjadłam, kotłował się w moim żołądku, najwyraźniej gotów, by ponownie pooglądać świat, wykorzystując do ucieczki moje usta. Przycisnęłam obie dłonie do warg, modląc się, by nie zwymiotować. Hiszpanie strzelili Niemcom gola.
— Kochanie? — Z twarzy Billa nagle spłynęła wszelka krew. Stał się biały jak papier. — Kate, co się z Tobą dzieje?
Odciągnął moje ręce od ust i starał się pomóc mi usiąść, ale mój żołądek, pobudzony ruchem, skurczył się boleśnie, a ja zwymiotowałam na męża, brudząc mu ręce, koszulkę i spodnie. Na jego podołku leżał kawałek ryby, której jeszcze najwyraźniej nie zdążyłam strawić.
— Ułaa. — Zachichotał nerwowo, najwyraźniej starając się rozładować atmosferę. — No nic się nie stało.
Mimo wszystko widziałam w jego oczach obrzydzenie. Jakkolwiek mocno by mnie kochał, obrzyganie rybą zawsze by go odrzucało. Mnie zresztą też.
— Jesteś taka blada. — Kontynuował, przykładając mi dłoń do czoła. — I chyba masz gorączkę! Dzwonię do kliniki. Niech przyjadą.
— Nie, proszę... — Sapnęłam, choć ogarniał mnie ukrop i czułam, że za chwilę stracę przytomność. — Nie potrzeba, ja nie...
Pociemniało mi przed oczami i w ostatku świadomości zdałam sobie sprawę, że zsuwam się z kanapy.
Czułam, jak się budzę, dosłownie sekundę później. Ciemność ogarnęła mnie tylko na chwileczkę, tak, byłam tego pewna. Słyszałam więcej niż jeden głos. Może Bill wezwał Toma? Ale tak szybko by dojechał..?
— Kate, Kate, otwieramy oczy, budzimy się. — W otępieniu rozpoznałam głos doktora Schilda.
Podniosłam powieki i ze zdziwieniem stwierdziłam, że lekarz faktycznie przykuca przy kanapie, na której ktoś musiał mnie ułożyć – przecież z niej spadłam. Czarnowłosy stał tuż za nim, przyglądając mi się z troską. W pokoju było jeszcze dwóch sanitariuszy, oni jednak pozostali z tyłu, nie chcąc się narzucać.
— Co Pan tu robi..? — Jęknęłam, czując, że znów mam ochotę zwymiotować. — Przecież tylko chwilę, jak...
— Nie było Cię pół godziny. — Przerwał mój mąż, dotykając z czułością moich nóg. — Wezwałem karetkę z kliniki.
Gdzieś w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka: dziecko.
— Zabierzecie mnie? — Zapytałam, bardziej doktora Schilda, niż sanitariuszy. — Zbadacie mojego synka?
Mężczyzna pokiwał głową. Chciałam wstać, ale przytrzymał mnie ręką, kiwając na swoich pomocników. Przenieśli mnie ostrożnie na nosze, a później, otulając ciepłym kocem, na dwór. Deszcz już nie padał. Karetka stała przed domem, co nieco mnie zdziwiło. Ginekolog musiał zauważyć moje spojrzenie, bo zażartował swobodnie:
— Ledwo się przecisnęliśmy przez ten busz! Moglibyście wyciąć trochę lasu!
Słyszałam jak Bill pospiesznie zamyka drzwi i dobiega do nas. W jego ręku tkwiła błękitna torba, teraz wypchana po brzegi. Rozpoznałam moją wyprawkę do szpitala, jeszcze nie do końca skompletowaną, ale to zawsze coś. Brakowało na pewno szlafroka czy szczoteczki do zębów, rzeczy, których używałam na co dzień.
— Jechałaś kiedyś karetką? — Doktor Schild najwyraźniej myślał, że ma do czynienia z pięciolatką. — Spójrz, jaka ładna.
— Doktorze... — Mruknęłam, robiąc błagalną minę. — Za miesiąc skończę 20 lat. To niepotrzebne.
— Zawsze weselej. — Odciął się krótko.
Bardzo szybko znalazłam się w karetce, z Billem, trzymającym mocno moją dłoń. Wszystko mnie bolało i pragnęłam, by to wszystko skończyło się jak najszybciej. Kierowca przecisnął się przez gałęzie leśnych drzew przed domem i na sygnale ruszył ulicami Hamburga. Nie zatrzymaliśmy się ani na moment, więc pewnie inne samochody zjeżdżały nam z drogi. Do kliniki dotarliśmy po niedługim czasie, w których doktor Schild wstrzyknął we mnie już kilka substancji. Nikt mnie nie zarejestrował, przewieziono mnie prosto na USG, gdzie zmartwiona mina ginekologa kazała mi przypuszczać, że jest źle. Bez słowa podał mi tylko kolejny zastrzyk przy którym syknęłam i poprosił, bym razem z Billem poczekała na niego w korytarzu. Tak też zrobiliśmy, siadając na plastikowych krzesełkach i mocno trzymając się za ręce. Gdy doktor wyszedł oboje odruchowo wstaliśmy, przyglądając się wyrazowi jego twarzy. Nie był zbyt wesoły.
— Jest poważny problem. — Stwierdził doktor Schild, z grobową miną. — Pępowina tego mojego Skrzacika, na zdjęciu wygląda, jakby go dusiła. To nie jest bezpiecznie Kate. Łożysko Ci się odkleja i co do tego nie ma wątpliwości. Rodzimy dzisiaj.
— Nie! — Jęknęłam, dotykając nabrzmiałego brzucha. — Nie chcę... Nie miałam dziś rodzić, nie jestem gotowa!
— Kochanie, to niebezpieczne dla dziecka. — Przekonywał mnie Czarnowłosy. — No, urodzimy razem. Niech Pan jej da to... na rodzenie, doktorze. Cokolwiek to jest.
— Hormony. — Poinformował ginekolog. — Ale najpierw muszą państwo iść tam, do pokoju.
Wskazał palcem drzwi na końcu korytarza, wokół których kręciło się kilka pielęgniarek.
— Przygotują Cię do porodu. Spotkamy się w Twojej sali za jakąś godzinę. I weź to, musisz pokazać przy odbiorze rzeczy. — Lekarz wcisnął mi w rękę moją dokumentację medyczną.
Byłam przerażona. Nie pomyślałabym, że już dzisiaj urodzę mojego chłopczyka. Jeszcze nawet nie wiedziałam jak go nazwę, a już przyszło mi powitać go na świecie? Jak to będzie..? Czy sobie poradzimy? Bill pociągnął mnie za rękę we wskazanym wcześniej przez lekarza kierunku. On sam odszedł w przeciwną stronę i prawie natychmiast wdał się w dyskusję z jakąś inną pacjentką, również w bardzo zaawansowanej ciąży.
Po przejściu przez drzwi natychmiast rzuciły się na mnie dwie pielęgniarki. Nieco zdezorientowana podałam jednej z nich dokumenty, druga ułożyła mnie na krześle ginekologicznym. Wyjaśniła krótko, że abym mogła uniknąć zażenowania i wstydu na sali porodowej, wśród kilkunastu osób, którym będę musiała pokazać swoje krocze, wydepiluje mnie. Powoli zrywała kolejne włoski z mojego łona, posługując się woskiem. Nie wiedziałam, gdzie podział się Bill – nie słyszałam, by klapnęły drzwi, więc musiał nadal być w pomieszczeniu. Co kilka sekund wydawałam z siebie cichy syk, gdy pielęgniarka zrywała woskowy plaster. Gdy skończyła słyszałam, jak jej koleżanka wygania mojego męża z pokoju. Nie miałam pojęcia, co mi zrobią, ale odwrócili mnie na brzuch i... och, to było obrzydliwe. Zrobili mi lewatywę. Natychmiast zrozumiałam, dlaczego wyproszono Czarnowłosego – tak samo jak w przypadku wymiotów, poczułby pewnie obrzydzenie. Gdy już zebrałam się w sobie i, mimo bólu w pośladkach, wstałam, wciśnięto mi w ręce szczoteczkę do zębów, mydło, szpitalne, białe kapcie i dwa ręczniki. Mandy miała rację, naprawdę dbano tutaj o przyszłe mamy. Pielęgniarki ubrały mnie w koszulę nocną sięgającą kolan, z głębokim nacięciem, umożliwiającą szerokie rozłożenie nóg do rodzenia.
Dziesięć minut później leżałam już w swojej sali, bardzo podobnej do tej, w której jeszcze kilka miesięcy temu odwiedzałam Mandy. Siedzący obok mnie Bill zapewniał, że już poinformował rodzinę o tym, że dzisiaj urodzę, ale nie był pewien, kiedy uda im się dojechać. Ściskał mocno moją dłoń, obsypując palce pocałunkami. Suwane drzwi otworzyły się i z korytarza wkroczył doktor Schild, wioząc ze sobą półeczkę na kółkach, na której poukładano kilkanaście buteleczek. Zgadywałam, że w szufladce ukryto mnóstwo igieł i strzykawek, tak, bym nie musiała ich od razu oglądać.
— Rodzimy? — Zapytał, uśmiechając się komicznie.
Uwielbiałam tego lekarza. Gdyby przyszło rodzić mi kolejne dzieci, od początku chciałabym, by prowadził moją ciążę. Był pełen luzu, śmiał się ze wszystkiego i niczego, robił głupie miny i potrafił doskonale rozluźniać napięcie przestraszonych mam.
— Nie chcę. — Jęknęłam, zaciskając palce na nadgarstku Czarnowłosego. — To pewnie strasznie boli...
— Z każdą sekundą pępowina na szyi Twojego dziecka może się zaciskać. — Przestrzegł mnie, z całkiem poważną miną. — Łożysko wciąż się odkleja, chociaż po zastrzyku dzieje się to trochę wolniej. Musisz podpisać zgodę.
Wyciągnął ku mnie czarną podkładkę, do której przytwierdzono arkusz z możliwymi powikłaniami. Nie chciałam czytać tych wszystkich okropnych rzeczy, złapałam długopis i zmuszając się, by nie patrzeć na mrowie czarnych literek, obwieszczające, że mogę umrzeć w czasie porodu, podpisałam się w prawym dolnym rogu strony.
Tak jak myślałam, w szufladce ukryto strzykawki: ginekolog wyjął jedną z nich, napełnił płynem z flakonika i zbliżył się. Zamknęłam oczy, gdy odkażał moją skórę wacikiem i chwilę później poczułam, jak igła wbija się pod moją skórę. Starałam się nie panikować, czując ją głęboko w mięśniu. Lek rozpływał się po moim ciele, od ramienia, w którym czułam okropne rwanie, w dół i w dół. Lekarz wyjął strzykawkę i przycisnął wacik do mojej skóry. Kręciło mi się w głowie, ale dzielnie przytrzymałam go dłonią.
— Jeśli zaczną się skurcze, proszę wołać. — Uśmiechnął się dobrodusznie, zapewne nie zdając sobie sprawy, jak wielkie cierpienie mi zadał. Nienawidziłam zastrzyków od zawsze. — Myślę, że za pół godziny spotkamy się na porodówce. — Wycofał się na korytarz i chyba na kogoś wpadł. — Oj, przepraszam. Dzień dobry.
Do sali wkroczyły dwie osoby. Tom niósł wielkiego, pluszowego miśka, który zasłaniał całą jego twarz. Mandy dotknęła delikatnie mojego policzka, nachyliła się i cmoknęła mnie w czoło.
— Jak się czujesz, Kochanie? — Zapytała, siadając na krześle obok Czarnowłosego. — Dali Ci ten paskudny zastrzyk?
— Tak, przed chwilą. — Odpowiedział za mnie Bill. — Za pół godziny ma już rodzić.
Obchodzili się ze mną jak z papierową zabawką. Jakbym była co najmniej niedorozwinięta i w ogóle nie rozumiała, że mówią o mnie: o bólu, jaki przyjdzie mi znieść, o uczuciach, które muszą mi teraz towarzyszyć. Tak naprawdę nie myślałam o tym, jakie będzie moje dziecko. Strach miażdżył moje żebra, zagnieździł się w klatce piersiowej i wyraźnie było mu tam dobrze, bo nie próbował wychodzić. Kotłował się również w mojej głowie, przylegając złośliwie do ścian czaszki. Paraliżował zdolność myślenia, ledwo mogłam oddychać. Minęło prawie dziesięć minut, a coś gwałtownie się we mnie poruszało. Moje dziecko.
— Jak się czujesz? — Pytał raz po raz mój mąż i nawet nie czekał na odpowiedź, bo udzielał jej sobie sam. — Pewnie okropnie.
Maluch gwałtownie kopnął. Zrozumiałam, że zaczyna się najstraszniejsza chwila mojego życia. Jeszcze nigdy aż tak się nie bałam. Jeśli coś pójdzie nie tak, mogę umrzeć i ja, i mój synek. Zamknęłam oczy, skupiając się na powracających co rusz skurczach. Najpierw były maleńkie, prawie niezauważalne. Później przypominały ból, który towarzyszył mi w trakcie miesiączki, a w ciągu kolejnych minut wzrosły o tysiąckroć i wywołały szalone wrzaski. Chciałam tylko umrzeć. Miotałam się na łóżku, a łzy ciekły z moich zmrużonych oczu.
— Nie minęło nawet 25 minut! — Wrzeszczał doktor Schild, gdy wieźli mnie wraz z innymi sanitariuszami na porodówkę.
Wspomnienia tamtych chwil są zatarte. Nie wiem, skąd ginekolog wziął się w moim pokoju oraz jak udało mi się dotrzeć na salę. Nie pamiętam, czy zawstydziłam się, kiedy wszyscy spojrzeli na moje nienaturalnie rozszerzone krocze i oczekiwali wyjścia główki. Jedynym wspomnieniem porodu jest ból, wrzaski, które wydobywały się z mojego gardła, oczy Czarnowłosego, kiedy ocierał mi twarz wilgotną szmatką lub podawał butelkę z wodą, bym mogła się napić. A później nasilający się ból, gdy główka dziecka zaczęła przeciskać się przez moją pochwę. Krzyczałam, okropnie krzyczałam, modląc się tylko o omdlenie.
— Pani Kaulitz! — Usłyszałam gdzieś z daleka, jak głos nagrany na zepsutej taśmie magnetofonowej. — Tniemy?!
Miałam zamknięte oczy i musiałam chwilę się zastanowić, o co właściwie chodzi.
— NIE! — Zawyłam, przewracając się na łóżku. — Żadnych cięć!
— Popękasz! — Głos doktora Schilda unosił się gdzieś obok. — Nie damy rady!
— Pierdolę to! — Odpowiedziałam, czując, że jeśli zaraz coś się nie stanie, rozwalę tę całą porodówkę.
Ból był nie do wytrzymania. Bill zbliżył się, by dotknąć mojej twarzy, ale ja byłam zbyt zamroczona, by rozpoznać jego intencje.
— Zabiję Cię! — Krzyczałam szaleńczo, zaciskając pięści.
Pierwsze pęknięcie pojawiło się dokładnie w chwili, gdy trzasnęłam Czarnowłosego w nos. Zatoczył się, a ja, zalana kolejną falą potężnego bólu wreszcie, niemal z nabożną ulgą, straciłam przytomność.

♥♥♥♥


Bill trzymał się kurczowo za obity nos. Ból rozchodził się po całej jego twarzy. Nie był złamany, to wiedział na pewno, ale bolał. Kate nie miała tyle siły, by zmiażdżyć mu kości, ale mimo wszystko, nieźle mu przypieprzyła. Jedna z pielęgniarek chciała się nim zająć, ale on wykrztusił tylko:
— Dajcie jej znieczulenie, niech już śpi. Niech już nie musi cierpieć.
Po tym, jak omdlała, na porodówce zrobiło się dziwnie cicho. Podczas gdy siostra podawała jego żonie lek usypiający, on sam cofnął się, by zobaczyć, czy główka już się pokazała. Maleńkie, ciemne włoski wyłaniały się powoli ze spękanego i zlanego krwią krocza dziewczyny. Doktor Schild delikatnie pociągał główkę, by szybciej się urodziła. Patrzył na to wszystko jak zahipnotyzowany, by po kilkunastu minutach ujrzeć w końcu w całości twarzyczkę swojego synka. Lekarz pociągnął ramionka, które urodziły się prawie natychmiast, a za nimi wypełzł brzuszek i nóżki. Maluszek był już na świecie. Pospiesznie odcięto mu pępowinę, faktycznie owiniętą wokół szyi, nie proponując tego Billowi. Przyglądał się, jak podpinają jego maleństwo do kolejnych kabli i układają w maleńkim inkubatorze. Wciąż nie oddychał sam – płuca jeszcze do końca się nie wykształciły, ale lekarze zapewniali, że mały przeżyje. Siedział przy Kate, masując swój obolały nos. Chwilę później jeden z pielęgniarzy oznajmił, że może obejrzeć swoje dziecko.
Chłopca umyto i ułożono na białej pościeli. Choć z początku wydawało się, że ma ciemne włoski, po oczyszczeniu z krwi pojaśniały. Wsunął rękę w jeden z czterech otworów i delikatnie dotknął skóry na brzuchu synka. Maleńka piąstka wysunęła się i ścisnęła mocno jego palec. Uśmiechnął się promiennie, czując, jak jego serce napełnia się radością. To jego dzieło. Coś, co było o wiele lepsze od jego muzyki, która w porównaniu z tym małym cudem wydała mu się nagle tandetna. Ten mały chłopiec, ściskający z taką siłą jego palec wskazujący, był najlepszym, co udało mu się w życiu stworzyć.

♥♥♥♥


Nie wiem, jak długo musiałam spać. Kiedy się obudziłam, natychmiast poczułam palący ból w kroczu, oraz spory ciężar, który ktoś ułożył mi na brzuchu. Spróbowałam otworzyć oczy, ale jedynym obrazem, jaki udało mi się zarejestrować, była świecąca jasno lampa jarzeniowa. Nadal jestem na porodówce? Gdzie moje dziecko? Moje dziecko! Żyje..?
— Kochanie? — Usłyszałam cichutki szept przy swoim uchu. — Obudziłaś się?
Wciąż byłam zamroczona i musiałam się skoncentrować, aby rozpoznać ten głos. Po kilkunastu sekundach nie miałam już wątpliwości, że siedzi przy mnie mój mąż. Pomarańczowa poświata za moimi powiekami nieco ściemniała, więc zgadywałam, że ktoś przysłonił lampę. Ponownie starałam się otworzyć oczy. Naprzeciw siebie zobaczyłam wielkie, zmartwione, brązowe tęczówki i opadające na czoło czarne kosmyki.
— Hej... — Wychrypiałam, starając się uśmiechnąć.
Odkryłam, że boli mnie nie tylko krocze, ale mięśnie całego ciała. Ruch językiem podczas mowy, czy też próba uśmiechu kończą się nieprzyjemnym ukłuciem. Co oni mi zrobili? I gdzie jest moje dziecko?
— Jak się czujesz? — Zapytał, gładząc mój policzek palcem. — Tak bardzo krzyczałaś...
— Nie ważne. — Zbyłam go, wciąż bezskutecznie usiłując się podnieść. — Gdzie jest mały? Co z nim?
Kaulitz uśmiechnął się lekko, a jego oczy nabrały nagle niespotykanego blasku. Był szczęśliwy i nie musiałam go nawet pytać, czy tak faktycznie jest. Takie rzeczy się widzi.
— Wszystko z nim w jak najlepszym porządku. — Oświadczył, dotykając delikatnie mojego czoła. — Wciąż jesteś rozpalona Kate, wypoczywaj.
— Opowiedz mi o nim. — Poprosiłam, podciągając się nieco na poduszkach i jednocześnie krzywiąc z bólu. — Jaki jest? Kiedy go zobaczę?
Mina Billa nieco się zmieniła, a oczy spochmurniały.
— Kiedy sama wstaniesz... — Szepnął, chyba bojąc się mojej reakcji. — Leży w inkubatorze, nie można go stamtąd wyjąć. Ma mnóstwo prześlicznych włosków na główce i jest cały różowiutki. Pokochasz go od razu.
— Już go kocham! — Poprawiam go natychmiast, oburzona. — Był we mnie osiem miesięcy! Cały czas przy mnie, uwielbiam go!
Mój mąż znów zaczyna się śmiać.
— Hej, niedługo będziesz go kochała bardziej, niż mnie!
— To inna miłość... — Gdybym miała więcej sił, na pewno nadal byśmy się przekomarzali. Ale ponieważ nie byłam w stanie nawet ruszyć palcem, przymykam oczy, czekając, na odpowiedź.
Ona jednak nie padła. Zapanowała głucha cisza, którą mężczyzna przerwał dopiero po chwili.
— Tak naprawdę wygląda strasznie. — Jęknął, ujmując moją dłoń.
Automatycznie otwieram oczy i zaczynam mu się intensywnie przypatrywać. O czym mówi'?!
— Jest piękny po nas, to prawda. — Przyznaje Czarnowłosy. — Ale poprzypinali go do mnóstwa kabelków, nie potrafi jeszcze sam oddychać... Nie mogłem nawet wziąć go na ręce, można tylko delikatnie go dotknąć. Nic więcej. Jest taki maleńki, malutki.
Ton jego głosu był mokry od zbierających się w kącikach oczu łez. Nie wiedziałam, że to będzie dla niego aż takie przeżycie. Mogłam zdecydować się zaczekać, zagrozić życiu małego, ale... nie wybaczyłabym sobie, gdyby umarł.
— Przyniesiesz mi wody? — Poprosiłam, starając się jak najprędzej zmienić temat. — Zaschło mi w gardle.
Bill nie odpowiedział na głos. Pokiwał głową, wstał i zostawił mnie samą pod jasnym, strasznym światłem szpitalnej jarzeniówki.

♥♥♥♥


Kate wyszła ze szpitala tydzień później, gdy pęknięcia w większości już się zagoiły. Dzień po porodzie odwiedziła ją cała rodzina: rodzice Billa, Tom, Mandy, nawet jej brat i matka z ojcem. Razem z mężem zdecydowała, że nazwie chłopca po polsku – Fryderyk. Chociaż Czarnowłosy miał wyraźny problem z wymówieniem imienia synka, zdrobnienie Frycek bardzo mu pomogło, a dodatkowo w jego ustach brzmiało niesamowicie zabawnie. Mały musiał pozostać w szpitalu kolejny tydzień, by jego płuca wykształciły się do końca. Młodzi rodzice odwiedzali go codziennie, spędzając długie godziny w sali noworodków. W końcu nadszedł wielki dzień, w którym chłopiec mógł po raz pierwszy jechać do domu. Rodzice mogli wziąć go na ręce, nie bojąc się, że synek w każdej chwili może przestać oddychać. Był całkowicie zdrowy, co potwierdziły badania przeprowadzone przez doktora Schilda.



Kate 15/07/2010 12:26:40 [Powrót] Komentuj


Przy okazji: Naprawdę nie mogę się doczekać, aby zobaczyć w jakim kierunku pójdziesz z następnym opowiadaniem.
Mam nadzieję, że będzie to coś w stylu 'vampire story' gdyż - moim skromnym zdaniem - była to najlepsza rzecz jaką do tej pory napisałaś.
Pozdrawiam.
K. 19/07/2010 21:00:45
brak www IP: 82.35.5.150

Hahaha, Frycek? :D
Umarłam. :D
K. 16/07/2010 23:38:59
brak www IP: 82.35.5.150

OMG:D. Popękała?o.O.. Bill dostał w nos, biedny^. Kurczeee ja chciałam długie zakończenie, żebyś troszkę opisała jak to ich życie będzie wyglądać. Jak Bill się z nim bawi, jak go nosi, uśmiecha się..wiesz o co chodzi?:)).
Ale FRYDERYK?!. Czemu tak..haha Fredek:D.
<3.
Czekam z niecierpliwością na nowe opowiadanie..nie wiem co bym zrobiła gdybyś zakończyła swoją twórczość na tej historii..
;****!.
Vanilla 16/07/2010 14:13:06
brak www IP: 83.7.167.157

Matko jakie straszne imie! Moglas wymyslic jakies lepsze. Okropne. No tak napewno jak dziewczyna rodzi to najbardziej przejmuje sie tym czy jest wygolona. Ale nie trzeba bylo bic tego biednego chlopaka. Nie ladnie jest sie wyzywac na inych:p No coz szkoda ze to juz koniec:( Mam nadzieje ze twoje kolejne opowiadanie bedzie tak dobre jak te 2:)
Kasia 16/07/2010 00:19:10
brak www IP: 85.89.170.42

SZKODA, Ze TO JUŻ POWOLI KONIEC ;/ świetny odc. ;p
Klaudia 15/07/2010 14:41:49
brak www IP: 89.230.138.166




Szablony z Tokio©
Miss Izabela.
navigation

Weblog
Zähler:
48637

Besitzer


Dodaj do Ulubionych

Ich

Robię coś.
Jak zwykle nietypowo.
Nie mów mi, że mam słodkie usta.
I tak już ktoś ma je na własność.
Pan Bóg stworzył mnie.
A ja, czuję się wyjątkowa.
Jak każdy z nas.
Kocham.
I jestem kochana.
Nie pytaj przez kogo.
Mam pluszowego misia.
Śpię z nim każdej nocy.
I wcale się tego nie wstydzę.
----
Na obrazku:
Moje własne, prywatne oczętaa ;).

Gäste
Ksiega Gości
Dodaj do Księgi

Lieblings








Archiv
2010
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień


Layout
Szablony z Tokio
Miss Izabela.
Tokio Hotel.