Jezu, ale jestem padnięta. Codziennie mam tyle roboty, za parę chwil kończy się elektroniczna rekrutacja, a ja jeszcze nic nie wybrałam, poprawiam się ze wszystkiego, z czego się da, żeby nie zawalić. W dodatku boli mnie gardło, dostałam tej cholernej gorączki, ale biegam do tej szkoły, bo teraz nie mogę zrezygnować. Musicie mi wybaczyć, że notka jest tak krótka, ale napisałam ją w wolnych chwilach xP. Piszecie w komentarzach, że zaczyna się robić nudno: cóż, trzeba się z tym pogodzić. To już końcówka opowiadania, dokładnie zostały 3 odcinki, więc wszystkie sprawy się zamykają. Nie martwcie się, bo piszę już coś kolejnego, równie zajebistego ;D (żartuję, z tym zajebistym ^^). Nie wiem, czy blog nadal będzie się buntował pod IE, ale nic nie potrafię z tym zrobić. Jakieś gówno z tego ;/.
Rozdział LXI „Nowe życie”
Było ciemno i cicho. Wielkie zasłony wykuszowego okna były wciąż zaciągnięte. Mimo tego, że musiało być już przedpołudnie, pokój wypełniał się przyjemną poświatą, nie dopuszczając do siebie słonecznego światła.
Kate usiadła na łóżku i przetarła powieki. Ziewnęła przeciągle i odwróciła się, by spojrzeć na swojego męża. Spał spokojnie, z lekko otwartymi ustami. Słodko.
Od dwóch tygodni mieszkali już w nowym domu. Jej suknia ślubna, zrolowana wraz z mężowym garniturem, leżała gdzieś na dnie garderoby. Dziewczyna wiedziała, że powinna oddać ją do czyszczenia, jednak cały czas nie miała na to czasu. Wpadła w wir nowego, małżeńskiego życia, które objawiało się robieniem wielkich, piątkowych zakupów, gotowaniem codziennego obiadu i przesiadywaniem nad przydomowym jeziorem z książką, lub Billem, jeśli akurat nie był wtedy w pracy.
Ucałowała policzek chłopaka i wsunęła stopy w puchowe kapcie. Najciszej jak potrafiła przeszła przez pokój i delikatnie nacisnęła klamkę drzwi. Nie zaskrzypiały. Gdy udało jej się wydostać na korytarz, odetchnęła głęboko. Zeszła powoli po drewnianych schodach i znalazła się w jasnej kuchni. Szafkom i piecykowi udało się dotrzeć, a kiedy wprowadzali się w kilka dni po swoim weselu, wszystko było gotowe. Nawet jej ukochany staw za domem.
Otworzyła lodówkę i wyciągnęła z niej kilka jaj, kawałek boczku, cebulę i dwa pomidory. Wbiła jaja na patelnię i pokroiła resztę składników w kostkę. Zagotowała wodę na herbatę i czekała, aż boczek zacznie skwierczeć. Przyjemny zapach już teraz roznosił się, najpierw po kuchni, a potem po reszcie domu, rozpływając się dalej i dalej.
Być może Bill obudził się pod wpływem tego zapachu, a może przez hałas, jaki zrobiła, szukając patelni. Wkroczył do kuchni ziewając przeciągle, otulony jasnym szlafrokiem. Przysiadł na jednym z drewnianych krzeseł i ułożył głowę na blacie stołu.
— Jeśli jesteś śpiący, to idź do łóżka. — Poprosiła go ciepło. — Nie śpij na stole Kochanie.
— Muszę iść do pracy... — Jęknął. — Jestem taki zmęczony...
Kate doskonale znała tą gadkę. Codziennie, przed wyjściem z domu musiała budzić swojego męża, gdyż ten najchętniej wróciłby do łóżka, zakopał się w pościeli i został tam już na zawsze. Odkąd pamiętała miał problemy ze wstawaniem.
— Nie musisz iść do pracy, dzisiaj jest sobota. — Przypomniałam mu. — Możesz wrócić do łóżka.
— No właśnie nie mogę. — Mruczał, prawie całując blat. — Właśnie w tę konkretną sobotę muszę iść...
Zdziwiła się. Co to za rewelacje? Nic o tym nie wspominał.
— Nie rozumiem. — Oświadczyła krótko, mieszając składniki na patelni. — Przecież nie pracujecie w soboty.
— Za dwa tygodnie jest ten wyjazd głupi no... — Podniósł się nieco, przyglądając się temu, co robi żona. — No mówiłem Ci.
Nie mogła sobie przypomnieć, żeby mówił o jakimkolwiek wyjeździe. Zrobiła więc pytającą minę i zaczęła nakładać jajecznicę na dwa talerze.
— No do Londynu! — Dodał, jakby to miało ją oświecić. — Na parę dni. Naprawdę nic nie wspominałem?
Pokręciła głową, stawiając przed nim spory talerz i kubek z herbatą. Sama usiadła naprzeciw niego, przyglądając się, jak wkłada pierwszy widelec do ust.
— Już od dawna o tym wiem. — Rzucił, przełknąwszy pierwszy kęs. Jedzenie nieco go ożywiło, więc stał się bardziej rozmowny. — David kazał nam pokazywać się co sobotę w studiu, przez te ostatnie tygodnie. Pojadę na godzinę i wrócę, taką mam nadzieję.
Niewiele obchodziła ją wycieczka do studia. Pragnęła dowiedzieć się, co z tym cholernym Londynem!
— Na długo tam jedziesz?
— Nie wiem, chyba na trzy dni. — Wymamrotał, wkładając sobie do ust kolejny kęs. — Odpowiem Ci, kiedy przyjadę ze studia, dobrze?
Kiwnęła głową. Miała ochotę zapytać go, ale nie wiedziała, czy powinna. W końcu jest jej mężem. Chyba ma prawo spróbować.
— Czy ja... — Zaczęła nieśmiało, grzebiąc we własnym talerzu. — Czy ja też mogę jechać?
Bill uśmiechnął się szeroko.
— Czekałem, aż zapytasz. Przecież to chyba jasne, że jedziesz, co? — Zapytał retorycznie. — Bilet dla Ciebie już jest. Musisz tylko potwierdzić swój udział w wycieczce, moja Pani.
Wyciągnął rękę przez stół i ujął palcami jej delikatną dłoń. Podniósł ją do góry i cmoknął, tłustymi od jajecznicy ustami.
— Przepraszam. — Zachichotał cichutko, ocierając jej skórę kciukiem.
Kate również zaśmiała się krótko i rzuciła, niby mimochodem:
— No dobrze, dobrze, pojadę.
W rzeczywistości radość rozpierała ją od środka. Wreszcie coś zaczynało się dziać, coś, co miało zróżnicować jej rodzinne życie. Od dwóch tygodni zrobiło się trochę nudne, mimo tego, że bardzo kochała męża. Ile można wymyślać nowe obiady?
— Jedz spokojnie. — Poprosiła wstając. — Idę się ubrać. Jedziemy do studia.
Czarnowłosy pokręcił lekko głową i wrócił do zajadania resztki jajecznicy.
♥♥♥♥
Narzuciłam na siebie letnią sukienkę i żakiecik. Na nogi włożyłam sandały, a włosy przeczesałam palcami. Kręciły się same, zupełnie naturalnie, więc po co miałam je siłą rozczesywać? Mimo tego, że była już połowa września, to słońce nadal przypiekało, a ludzie na ulicach pochłaniali duże porcje lodów i nosili letnie ciuchy. Postanowiłam się nie malować – naturalny look był podobno ostatnio w modzie.
Wyszedłszy z łazienki zastałam mojego ukochanego już ubranego, ale wciąż z rozczochraną głową i brakiem makijażu. Gdybym go nie pogoniła, pewnie tkwilibyśmy w domu jeszcze ze dwie godziny, nim zrobiłby się na bóstwo. Mimo oporów, udało mi się wyciągnąć go na zewnątrz bez makijażu i zmusić, by zwyczajnie związał włosy gumką. Przez dwadzieścia minut jazdy samochodem był na mnie śmiertelnie obrażony i zaciskał mocno palce na kierownicy.
— Daj spokój, Bill... — Spróbowałam, gdy dotarliśmy pod drzwi studia.
— Cicho. — Burknął, parkując obok samochodu Gustava. — Wyglądam okropnie.
Dotknęłam delikatnie jego dłoni.
— Nie gniewaj się. — Poprosiłam. — Nikt Cię tu nie zobaczy, obiecuję.
I zanim wyłączył silnik, cmoknęłam go lekko w policzek. Ktoś głośno zatrąbił.
— Te, kochasie! — Usłyszałam przez uchyloną szybę. — Śpieszcie się!
Okazało się, że podjechał Tom, w swoim czarnym SUV'ie i właśnie zajmował wolne miejsce obok nas. Wyszczerzył zęby w uśmiechu, kiedy posłałam mu wrogie spojrzenie.
— Co jest bratowa? — Zagadnął radośnie, wysiadłszy uprzednio z samochodu. — Będziesz z nami pracowała?
— Przyjechałam, bo mam dość siedzenia w domu. — Mruknęłam, ruszając w kierunku drzwi wejściowych. — Jak się ma Mandy?
— Opiekuje się Małym. — Odparł, wyciągając z kieszeni komórkę. — Spójrz, jaki z niego zuch.
Podał mi telefon. Mimo tego, że widziałam Jacoba zaledwie dwa dni temu, zdjęcie było śliczne: chłopczyk leżał w niebieskim śpioszku na dywanie, ściskając w rączce pluszowego misia. Jego wielkie, brązowe oczka utkwione były w obiektywie.
— Jest słodki, to prawda. — Przyznałam, podsuwając aparat pod nos Billowi. — Spójrz Kochanie.
Widziałam dumę w oczach Toma. Rzadko zajmował się chłopcem, gdyż miał ogólny lęk przed dziećmi i kiedy zostawał z synkiem sam, maluch natychmiast zaczynał płakać, ale był widocznie szczęśliwy, że ktoś tak zachwyca się czymś, co powstało z niego samego. To było jak podwójny komplement.
— Tak. — Mruknął młodszy z Kaulitzów, nawet nie rzuciwszy okiem na ekran. — Masz.
Wcisnął Tomowi telefon w dłoń i przyspieszył kroku. Wszedł do studia przed nami, zatrzaskując za sobą drzwi.
— Co jest..? — Mruknął Dred, chowając komórkę. — Wszystko z nim okej?
— Chyba wstał dziś lewą nogą. — Odparłam cicho. — Odkąd pogoniłam go z malowaniem tak się zachowuje.
— Ho ho, mój braciszek tupie nóżką.
Nie mieliśmy jednak okazji skończyć tej rozmowy, bo ledwie weszliśmy do studia, zza rogu wyłonił się Jost, jak zwykle, naskakując na nas:
— Co tak późno?! — Ryknął, bardziej do mnie niż do Toma. — Szybko! Wszyscy czekają!
Cóż, a przecież to nie ja zawiniłam spóźnieniu. Ruszyłam za nim korytarzem, jednocześnie rzucając do Dreda teatralnym szeptem:
— Jak wy z nim wytrzymujecie?
Byłam pewna, że David to usłyszał. Obejrzał się, naburmuszony, ale nic nie powiedział. Wprowadził mnie do znanego mi już pokoju ze szklaną szybą, za którą znajdowała się sala do nagrań. Na kanapie siedziała już reszta członków zespołu, w tym mój nadal oburzony mąż.
— Dobra Panowie. — Zaczął dziarsko Hoffman, który również pojawił się na próbie. — Za dwa tygodnie gramy w Londynie. Nie schrzańcie tego, proszę... — Rozejrzał się po twarzach zebranych. — Wiem, że układacie sobie życie, ale nie mam nic przeciwko, żebyście zabrali ze sobą swoje rodziny.
Znacząco spojrzał na bliźniaków i Georga. Gustav, jako jedyny z zespołu wciąż pozostawał samotny.
— No nie, nie jadę z Jacobem. — Tom zdecydowanie pokręcił głową. — Mandy też powiedziała, że to za duża podróż dla takiego szkraba, że coś może się stać, że to za duży problem i te inne. Jacob jest po prostu za mały.
— A Ty, Kate? — Peter zwrócił się ku mnie. — Pojedziesz?
— Jeśli Bill się zgodzi.
— Już się zgadzałem, no pojedziesz przecież. — Chyba przeraziła go moja poprzednia wypowiedź, bo uśmiechnął się lekko, jakby przepraszając.
— Dobra, my zostajemy tu, wy czterej – tam. — Jost wskazał na pokój za szybę. — Szybko! Wszystko pójdzie na żywo, żadnego playbacku na koncercie. Jeśli nie będziecie się obijać, to za godzinę wszyscy będziemy w domu.
Niestety, godzinę później wciąż tkwiłam w studiu, gapiąc się w sufit. Leżałam na jednej z kanap, którą uprzednio zajmowali muzycy i ziewałam przeciągle. Davidowi ciągle coś się nie podobało, więc cały czas kazał chłopakom powtarzać któryś z utworów. Hoffman wyszedł w połowie próby, wyraźnie zmęczony. Nie mogłam nawet przysnąć na kanapie, bo przez głośniki rozmieszczone w pokoju słychać było muzykę i głosy zza szyby. Machałam więc nogami, przyglądając się pajęczynie zawieszonej pod sufitem.
— David, daj już spokój. — Usłyszałam głos Billa. — Nie wystarczy na dzisiaj?
Jost pochylił się nad konsolą, nacisnął jakiś przycisk i wrzasnął do mikrofonu:
— Nie! Beznadziejnie to brzmi! Nie mam zamiaru jechać do Londynu i zrobić z siebie i przy okazji was idiotów!
Więc Gustav ponownie odegrał rytm, Tom i Geo przyłączyli się do niego, a Czarnowłosy zawodził o nieszczęśliwej miłości i takich tam. Rozbolała mnie już głowa, a przez nerwy i brak wentylacji, w pokoju zrobiło się dość duszno. Przepchnęłam się obok managera, nacisnęłam ten sam przycisk co on i ignorując jego wrzaski oraz to, że chłopcy grają, przemówiłam do mikrofonu.
— Kochanie, idę na zewnątrz, strasznie tu gorąco. — Oznajmiłam Billowi. — Posiedzę na słońcu. Jeśli to długo potrwa, to jeszcze tutaj wrócę. Trzymaj się.
Posłałam mu buziaka przez szybę, a on uśmiechnął się do mnie, machając dłonią. Gdy zamknęły się za mną drzwi i znalazłam się na świeżym powietrzu, wciągnęłam je głęboko w płuca i poczułam wyraźną ulgę. Chciałam usiąść na drewnianej ławeczce tuż przy drzwiach, ale niebo nie było już tak niebieskie, zniknęło słońce, a z północy nadchodziła wielka, granatowa chmura. Zerwał się silny, chłodny wiatr, a ja natychmiast pożałowałam, że mam na sobie letnią sukienkę, która wcale nie chroniła przed zimnem. Liście drzew drżały niebezpiecznie, przestrzegając przed nadchodzącą burzą. Z nieba zniknęły wszystkie ptaki.
Wycofałam się z powrotem za szklane drzwi i nieco zaniepokojona obserwowałam rozwój wypadków. Kiedy piorun uderzył po raz pierwszy, czym prędzej wróciłam do pokoju, z którego wyszłam i tarmosząc Davida za ramiona, wydusiłam z siebie:
— Pora kończyć tą farsę, zaczyna się burza.
To był zdecydowanie właściwy argument. Być może David bał się wściekłej natury? Pozwolił nam wszystkim wrócić do domu, lecz kiedy dotarliśmy do drzwi studia, byłam już pewna, że podjęłam decyzję za późno. Wiatr szarpał rośliny, a wielkie krople deszczu raz po raz uderzały w murowaną fasadę budynku. Biegiem rzuciliśmy się do sportowego Audi, które Kaulitz otworzył najpierw od strony pasażera.
♥♥♥♥
Przez kolejne dwa tygodnie trwały przygotowania do występu w Anglii. Bynajmniej, nie chodzi tu o pakowanie: wedle zwyczaju, Kaulitzowie robili to dzień przed wylotem. David codziennie wzywał ich na próbę, które trwała przynajmniej od dwóch, do czterech godzin. Wracający do domu Bill był tak zmęczony, że ledwo dotykał czekającej na niego kolacji, a potem kładł się do łóżka i spał. Nie miał siły i czasu na rozmowę, zakupy, ani tym bardziej seks. Dlatego właśnie dziewczyna każdy kolejny dzień spędzała u Mandy, gdzie razem gotowały obiad i opiekowały się Jacobem.
— Dlaczego nie jedziesz z nami do Londynu? — Zapytała Kate przyjaciółkę, podczas codziennej, porannej kawy.
— Myślisz, że mam na to czas? — Zapytała retorycznie, z uśmiechem na ustach. — A co zrobię z tym bohaterem?
Wskazała na swojego synka. Szkrab rósł z dnia na dzień, radośnie gaworzył i turlał się po całym domu, szukając skarbów. Blondynka nieco dziwiła się ustawieniem mebli w domu drugich Kaulitzów, ale do tej pory nie odważyła się o to zapytać.
— To przez niego to wszystko? — Zamaszystym ruchem wskazała cały pokój.
— Daj spokój, było z tym mnóstwo roboty. — Mówiła, popijając kawę Czarnowłosa. — Tom dostawał cholery. Chowaliśmy wszystkie rzeczy z dolnych półek, obrusy, kable, zabezpieczaliśmy kontakty, kanty...
— Nawet nie wiesz, jak zazdroszczę Ci tej roboty. — Kate spojrzała na przyjaciółkę znad krawędzi filiżanki. — Dzieci wzbudzają we mnie takie pozytywne emocje.
— To adoptujcie. — Wzruszyła ramionami w taki sposób, jakby sama adoptowała dzieci przynajmniej trzy razy w tygodniu.
— To nie takie proste... — Odparła powoli blondynka. — Słuchaj, Billy nie chce adoptowanego dziecka i tyle. Przecież go nie zmuszę.
— To co, in vitro?
— To niemożliwe, musielibyśmy użyć nasienia innego faceta. — Niebieskooka postukała się palcem w czoło. — To byłoby już morderstwo dokonane na naszym małżeństwie, Mandy!
Czarnowłosa zerknęła na Kate z ukosa, poprawiając poduszkę za plecami synka. Maluch siedział między paniami, gaworząc głośno i wymachując plastikowym klockiem.
— Nigdy nie będę miała dziecka. — Dziewczyna pogłaskała Jacoba po główce. — Już się z tym pogodziłam.
Na chwilę zapadła cisza. Chłopczyk pochłaniał wielkimi oczami obraz twarzy cioci. Coraz lepiej zapamiętywał poszczególne rysy jej twarzy: przychodziła codziennie i rozmawiała z mamą, czasem starając się zabawić go pluszowym misiem. Mimo tego, iż kierował się bardziej dziecięcymi instynktami, niż jakimś rozumem, wiedział, że może czuć się przy niej bezpieczny i nie zrobi mu krzywdy. Że jest jak babcia, albo druga mama. Cisnął klocek na dywan i przechylił się na kolana dziewczyny.
— Och. — Mruknęła, podnosząc malucha do góry i sadzając go sobie na kolanach. — Co się dzieje Misiaku? Nie możesz usiedzieć?
Uśmiechnęła się do niego promiennie.
— Lubi Cię. — Mandy przyjrzała się uważnie uśmiechniętej przyjaciółce. — Dobra byłaby z Ciebie mama.
— Daj spokój, wolałabym wiedzieć, że będę jędzą. Myślę już o kupnie psa, czy czegoś takiego. Mimo wszystko, we dwoje będzie nam chyba trochę smutno. Fajnie by było mieć kogoś pod opieką.
— Mówiłaś mu już o tym? — Ciągnęła Czarnowłosa.
— Nie. — Kate kategorycznie pokręciła głową. — Nie mogę. Wciąż zadręcza się myślą, że przez niego nie będę miała dziecka. Chciałabym mu jakoś pomóc się z tym pogodzić, ale w końcu doszłam do wniosku, że najlepiej pozwolić mu to przeczekać. Im mniej o tym wspominam, tym mniej on cierpi.
Więcej już nie poruszały tego tematu.
Dzień wyjazdu do Anglii był nadal słoneczny, ale w powietrzu wyczuwało się już, zbliżającą się wielkimi krokami jesień. Liście na drzewach pożółkły i zaczynały opadać, trawa, spieczona przez letnie upały uginała się pod stopami, a dni stawały się coraz krótsze. Kate i Bill, opatuleni ciepłymi bluzami stawili się taksówką pod wytwórnią, gdzie miała się odbyć zbiórka. Wzrok dziewczyny padł na wielkie, zespołowe busy, ustawione rzędem na ulicy.
— Jedziemy busem?! — Oburzyła się. Nie zapakowała nawet wszystkich rzeczy, aby nie przeciążyć bagażu na lotnisku. — Dlaczego?!
— Będzie fajnie. — Czarnowłosy uśmiechnął się do niej słodko. — Nie pamiętasz, jak zaczynało się nasze uczucie? Właśnie w takim busie.
— Mhm...
— Widzę, że nie jesteś zadowolona. — Chłopak automatycznie posmutniał. — A szkoda, chciałem, żeby było trochę romantyczniej niż zazwyczaj. No wiesz, podobno powroty cieszą i takie tam...
Taksówkarz pomógł im wyjąć walizki z bagażnika, a następnie odjechał, nie oglądając się za siebie. Kate uścisnęła swojego męża i chwyciła za rączkę walizki. Czarnowłosy, mimo tego, że taszczył dwa razy więcej toreb niż żona, wplątał swoje palce w jej wolną dłoń. Lubiła, kiedy łapał ją za rękę. To był dowód tej wielkiej miłości, którą wciąż ją darzył. Przecież nie łapie się za rękę byle kogo..?
♥♥♥♥
Trasa była taka, jak zawsze. Jost krzyczał na nich, bo wymyślili sobie, żeby jechać busem.
— Nie, oczywiście, że nie, nie mogliśmy lecieć samolotem! — Wykładał, jak na niego, całkiem spokojnie. — Lepiej narażać się na koszta, płacić za przewóz sprzętu tyle kilometrów, narażać się...
— Na co? — Zapytał Tom, wkładając sobie do ust kolejnego Lays'a. — Przecież to my płacimy. My, znaczy ja, Bill, Gustav i Geo. Ty występujesz gościnnie.
— Płaci wytwórnia! — Ryknął David, waląc pięścią w stół, co sprawiło, że chipsy Dreda spadły na ziemię, rozsypując się.
— Eeej! — Jęknął starszy Kaulitz. — Odkupisz je!
Bill miał tego serdecznie dość. Wstał i wszedł na górę, szukając swojej żony. Wciąż nie mógł się do tego przyzwyczaić – udało się, była już jego na zawsze. Zawsze potrzeba czasu, by uwierzyć, że takie cuda się zdarzają. Siedziała na kanapie, trzymając w ręku pada i waląc w niego bez opamiętania.
— W co grasz? — Zapytał, siadając tuż za nią i obejmując ją delikatnie w pasie.
— Nie wiem, było już. — Odparła, nie odrywając wzroku od ekranu. — Cholera!
Jej postać właśnie waliła na oślep kijem jakiegoś poobdzieranego mężczyznę, w pomieszczeniu przypominającym opuszczoną halę fabryczną.
— Hej, znam to. — Mruknął, przypomniawszy sobie ten obraz. — To „Piła” Toma!
— Nie ważne. — Ledwo odpowiedziała, widocznie naciskając byle który przycisk. — Aaa!
Zabrał jej kontroler i sam nacisnął kilka klawiszy. Facet, którego przed chwilą załatwił, leżał spokojnie na podłodze.
— Zadowolona? — Uśmiechnął się do niej słodko. — Chodź, to takie brutalne.
Przez chwilę milczała, ale później, widocznie przyznawszy mu rację, wyłączyła telewizor.
— Chodź, zjedzmy coś. — Poprosiła, łapiąc go za dłoń i wstając.
W tym momencie drzwi się otworzyły i do pokoju wkroczył perkusista.
— Och... — Wzdrygnął się lekko, widząc ich oboje na nogach. — Przeszkodziłem?
— Nie, skąd. — Odparł szybko Czarnowłosy. — No?
— Idziemy wszyscy do Mc. A wy?
— Nie. — Kate zareagowała szybciej. — Przyniesiecie nam dwa zestawy?
Blondyn spojrzał na nich przymrużonymi oczyma, ale skinął głową. Chwilę później oboje stali już w kuchni, obserwując przez okno oddalającą się w kierunku restauracji ekipę.
Kate wyciągnęła plastikową miseczkę i nasypała do niej kilka sporych garści suszonych owoców i zbóż. Chyba chciała zalać to wszystko mlekiem, ale gdy odwróciła się w kierunku lodówki, spotkała przeszkodę w postaci własnego mężczyzny. Nagle stali niebezpiecznie blisko siebie, czując wzajemne bicie serc.
Dotknął jej miękkich ust koniuszkiem palca. Mruknęła cicho, odstawiając miseczkę z otrębami gdzieś na szafkę. Objął ją, delikatnie, ale zdecydowanie, po męsku. Tak, jak powinni to robić mężczyźni. Odchyliła głowę do tyłu, odsłaniając mu swoją gładką szyję. Cmoknął kilka razy pachnącą skórę, przebiegł pocałunkami przez podbródek i dotarł do ust. Dyszała dziko, podczas gdy mocował się z własnymi spodniami. Był pewien, że nigdy dotychczas nie pragnął jej tak bardzo, jak w tej chwili. Ciało dziewczyny było gorące, policzki płonęły żywą czerwienią podniecenia, a wargi nabrzmiały krwią. Nie mieli czasu, w każdej chwili ktoś mógł się pojawić, wrócić z tego cholernego Mc i nakryć ich na tym, co przecież było publicznie zakazane. Jego ręce znalazły rąbek kwiecistej sukienki i podwinęły go do góry. Kate zamieniła się z nim rolami, teraz to jej palce siłowały się z jego rozporkiem, podczas kiedy Czarnowłosy sprawił, że koronkowe figi opadły na wykładzinę busa. Na miejsce aktu instynktownie wybrali kuchenny stół – pomógł jej podciągnąć się na górę. Rozłożyła nogi, ukazując mu różową, zadbaną szparkę. Nigdy nie sądził, że można aż tak tęsknić za seksem, pragnął dać już upust swoim gorącym emocjom. Rzucił się na nią, strącając z półki miseczkę pełną zbóż, które rozsypały się po podłodze. Złapał za ramiączka sukienki i mocno pociągnął. Co z tego, że szew w sukience od Dolce&Gabbana za niecałe 500 euro właśnie puścił. Najważniejsze było to, że teraz już nic nie dzieliło go od tych pięknych, okrąglutkich piersi, w których zakochał się jeszcze tamtej nocy, na parkingu. Przyssał się do jej nabrzmiałych warg, jednocześnie powoli wbijając w nią główkę swojego penisa. Kate wypuściła głośno powietrze przez nos. Widział, że ma ochotę krzyczeć, więc zaprzestał namiętnych pocałunków i przeniósł się do jednego z sutków. Natychmiast pochwycił go między zęby i począł pieścić językiem, zataczając kółeczka, liżąc...
— Bill, Bill! — Wrzeszczała jego kochanka, pokładając się z rozkoszy na drewnianym blacie.
Przyspieszył znacznie, pozwalając jej samej pieścić swoje piersi. Skupił się na ruchach w przód i w tył i płynącej z tego przyjemności. Ogarniała go, od stóp, aż po czubki włosów. Pieprzył ją tyle razy, a wciąż mu się nie znudziła. Jej szparka nadal była wąska i tak cudownie pulsowała za każdym razem, gdy dziewczyna przeżywała jeden z orgazmów.
— Mocniej! — Wydyszała ostatkiem sił, mocno trzymając się stolika, który podrygiwał wraz z jej ciałem.
Spełnił jej życzenie. Jeansy tkwiące między jego kolanami nieco przeszkadzały, ale wiedział, że nie może jej zawieść. Głośno krzyczała jego imię, unosząc się w namiętnej ekstazie. Powietrze zgęstniało, miał wrażenie, że cały bus wibruje w miarę, jak wciska w nią raz po raz swojego członka. Przyjemne skurcze jej mięśni doprowadziły chłopaka do końca. Przytulił ją mocno. Dyszała głośno, podczas gdy jej piersi swobodnie falowały. Już zaczynał podciągać spodnie, ale...
— No no no... — Dobiegł go znajomy głos od progu.
Odwrócił gwałtownie głowę, zasłaniając prędko piersi Kate. Nie chciał, by oglądał je ktoś pokroju Toma.
— Wyobraźcie sobie, że jadamy na tym stole. — Mruknął starszy z bliźniaków. — A teraz go zaspermiliście.
— Nie zaspermiliśmy! — Zaperzył się Bill.
Okazało się, że za plecami Toma stoi reszta zespołu, wraz z Jostem i Natalie. Kate skuliła się, przytrzymując sukienkę dłonią. Poczekała, aż Czarnowłosy wciągnie spodnie, zabrała ze sobą swoje majteczki i razem uciekli na górę, przed ciekawskimi spojrzeniami zebranych.