Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Jedna historia, tysiące ulic i serc... <3.
1. Powiadamiam o notkach. TYLKO NA GG. Kto chce być powiadamiany, wpisuje się w księdze i podaje swoje gadu.
2. Numer z którego powiadamiam: 12755891. Na tym gadu będę rzadziej niż nas swoim prywatnym, ale na niego piszemy ze wszystkimi sprawami związanymi z blogiem. Pytaniami itp ;D.
3. Nadano mi imię Karina, a blog jest o moim związku z niżej nadmienionym Billem K., jednak zmieniłam imię dziewczyny. Nie lubię używać własnego. Nie pytajcie dlaczego. To takie osobiste zboczenie ;D.
----

Rozdział LX „Wielki dzień”

Hm, cholera. Wybaczcie mi, że to wygląda, tak jak wygląda ;/. Nie wiem, co oni porobili z tymi blogami, ale grunt, że da się czytać. Właśnie jestem zajebiście, em... zdenerwowana, bo w ogóle nie mogłam dojść do ładu z tymi przesuwaniami tekstu i innymi duperelami. Wiem, że czcionka jest inna niż zazwyczaj, musiałam się namęczyć, żeby miała odpowiedni kolor, a i tak jest źle ;/. Ale szczerze mówiąc, nie mam na to siły, za dużo dłubania, a ten głupi blog w ogóle się nie słucha. Pierdolę! Następny blog na pewno nie tutaj, dziękuję bardzo. Dowiedziałam się też, że w IE blog się nie otwiera, ale nie mam pojęcia dlaczego i jak to zmienić. Ja sama mam Firefoxa i tutaj wszystko świetnie działa. Jeśli komuś nie chce się go ściągać, to może napisać na blogowe gg, a ja na pewno wyślę mu notkę.

No więc, wiem, że notki długo nie było, ale starałam się jak mogłam, żeby wam to wynagrodzić, no i żeby była jak najdłuższa ^^. Mam nadzieję, że opis wesela jak najbardziej mi się udał, chociaż miałam w głowie wyobrażenie weselnej sali, była taka... taka, że zupełnie nie wiedziałam, co powinnam o niej napisać. Pełno w niej było pierdółek, ozdóbek, a gdybym miała to wszystko przelać na ten wirtualny papier, to nie wyobrażam sobie długości tego odcinka xP.

Otóż powiem coś, co zawsze, podczas mojego blogowania starałam się ukryć, szczerze mówiąc, nie wiem, dlaczego. Cóż, chyba powodem było to, że pisząc pierwsze blogi byłam kurdupelkiem i bałam się, że ktoś może tego nie zaakceptować. Moi drodzy, mam 15 lat. Wciąż 15. Tak, jestem w 3 gimnazjum. Tak, właśnie zdałam egzaminy. Wszyscy na moim roczniku idą pracować w kopalni, po części mat-przyr ;D.

Rozdział LX „Wielki dzień”

Kate stała przed lustrem w swoim hotelowym pokoju. Drżała ze strachu, ściskając w rękach spódnicę swojej sukni ślubnej.
— Czy ja na pewno wiem, co robię..? — Pomyślała, przyglądając się w lustrze swoim niebieskim oczom.
W tej chwili do apartamentu wkroczyła Mandy, ubrana w długą suknię w kolorze brudnego srebra. Przyjrzała się minie przyjaciółki i gęsiej skórce, która niezbyt ładnie zdobiła jej ramiona.
— Czyżby niepewność? — Zagadnęła uprzejmym tonem, szarpiąc jednocześnie za dłonie Kate i zmuszając, by puściła sukienkę. — Zostaw, pognieciesz.
— Boję się. — Blondynka głośno przełknęła ślinę. — A jeśli coś się zawali? Nigdy nie miałam wątpliwości, wierz mi. Ale bardzo się boję, że on się zmieni po ślubie.
Czarnowłosa spojrzała na nią z politowaniem.
— Bill? Tyle razem przeszliście, a Ty o zmianach! On już się nie zmieni!
— Nadal przechodzimy... — Wtrąciła nieśmiało Kate.
— Och, masz na myśli... — Dziewczyna Toma bała się słowa „bezpłodność”. Zawsze powodowało u jej koleżanki niekontrolowany płacz, na który teraz nie mogła sobie pozwolić – jej twarz została już oddana w ręce makijażystki, która stworzyła na niej prawdziwe arcydzieło. Na powiekach miała ciepły odcień żółci, przechodzący w łagodne złoto – Mandy nie potrafiła go nazwać. Zawsze miała problemy z określaniem kolorów.
Kate ponownie uchwyciła spódnicę, tym razem lżej i uniosła ją lekko do góry, by ułatwić sobie chód w szpilkach od Louboutina. Odeszła od lustra z mocnym postanowieniem, że już nie będzie się sobie przyglądała – im dłużej to robiła, tym bardziej czuła, że wygląda głupio.
— Jesteś dzisiaj księżniczką. — Przypomniała jej Mandy. — Chociaż naprawdę Cię nienawidzę.
Czarnowłosa powtarzała to od tego poranka, gdy obudziła się w samej bieliźnie w objęciach boskiego striptizera, z paskudnym bólem głowy. Niezadowolona odkryła, że Kate uciekła z imprezy i musiała pogodzić się z tym faktem. Blondynka dobrze wiedziała, że Tom również nie był grzeczny na wieczorze kawalerskim Billa – oboje nieco sobie pofolgowali, ale żadne nie przyznało się przed drugim do swoich grzeszków. Ten układ był bardzo wygodny.
— Chodź, już pół do. — Do uszu Kate dotarło upomnienie przyjaciółki. — Trzeba spóźniać się z klasą. Ale nie na własny ślub.
Po tych słowach konspiracyjnie wyjrzała na korytarz i stwierdzając, że męska część ślubnych gości nie kręci się w pobliżu, machnęła do panny młodej ręką:
— Chodź. Nie ma go.
Kate wzięła głęboki oddech i ruszyła w kierunku drzwi. Zamykając je za sobą, myślała:
— Jeszcze nie jest za późno. Jeszcze mogę się odwrócić...
Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, jakie bzdury przychodzą jej do głowy. Skarciła się, jednocześnie usiłując wmówić sobie, że nie zemdleje na środku. A jeśli to zrobi..?
Gorąco ogarniało ją już teraz. Kroczyła hotelowym lobby, podziwiana przez gości. Kilka osób zrobiło jej nawet zdjęcie, ale nie miała nic przeciwko temu. Wsiadając do dorożki zaprzęgniętej w czarne konie naprawdę było jej słabo – obraz dwoił się przed oczami.
— Nie dam rady. — Szepnęła do przyjaciółki, kiedy kopyta zwierząt poczęły miarowo uderzać o uliczny asfalt. — Chce mi się wymiotować, chociaż dobrze wiem, że nie mam czym.
— Wróć. — Zażądała Czarnowłosa. — Nic nie jadłaś?!
— Nie mogę. — Niebieskooka pokręciła głową ze wstydem. — Odpycha mnie od jedzenia. Jestem zbyt zestresowana na żarcie.
Chociaż Mandy miała na nogach lakierowane botki od Chanel na wysokiej szpilce, miała ochotę mocno kopnąć przyjaciółkę w wypielęgnowany przed nocą poślubną tyłek. Pogrzebała nerwowo w maleńkiej kopertówce i wcisnęła pannie młodej w rękę Marsa. Kate spojrzała na nią jak na idiotkę.
— Zwariowałaś? — Prychnęła. — Nie zjem tego. Mam pocałować Billa, nie ma mowy, żeby czuł ode mnie czekoladę!
— Wolisz, żeby czuł czekoladę, czy żebyś sama zemdlała z głodu?
— No dobra, masz mnie. — Blondynka rozerwała czarny papierek i wcisnęła sobie batonika do ust. — Mm. Niebo.
Energetyczny, czekoladowy zastrzyk sprawił, że obraz przed oczami Kate przestał wirować, a ona sama poczuła się o wiele lepiej. Kiedy dorożka zatrzymała się przed drewnianym kościółkiem zgniotła papierek w ręku i podała go koleżance. Ona bez skrupułów rzuciła go na ziemię.
— Nieładnie. — Mruknęła cicho panna młoda, wysiadając z powozu. — O—oo...

♥♥♥♥


Przede mną stało dwóch mężczyzn, których doskonale znałam. Oboje życzliwie wyciągali ku mnie swoje ramiona. Jednym z nich był Gordon, ojczym bliźniaków, drugim mój własny ojciec. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że oboje rozmawiają ze sobą po angielsku, a w dodatku się kłócą.
— To moja córka, tak? — Oburzał się ojciec, patrząc ze złością na męża Simone. — Więc ja ją wezmę!
— Chciałbym napomknąć, że Pan i pańska żona od miesięcy się do niej nie odzywaliście! — Muzyk umiejętnie odparował atak ojca — To mój syn się nią zajął!
— To jest jej ślub! Taka jest tradycja!
— Przestańcie! — Przerwałam im, nie mogąc słuchać tej bzdurnej kłótni. Nie dziś, nie w dniu mojego ślubu!
Obaj mężczyźni dopiero teraz zwrócili uwagę na to, że ktoś im się przysłuchuje. Oczy taty lekko się rozszerzyły.
— Ojej, Kate... — Wyszeptał cicho. — Wyglądasz... fantastycznie.
— Dziękuję. — Odrzekłam chłodno. — Ale zupełnie nie rozumiem, dlaczego kłócicie się pod kościołem i to 10 minut przed rozpoczęciem mojej ceremonii ślubnej.
— Ten Pan twierdzi, że poprowadzi Cię do ołtarza. — Ojciec był wyraźnie wzburzony.
— Taki był plan. — Stwierdziłam krótko.
Zauważyłam, jak Mandy wskazuje na zegarek przy drzwiach kościółka.
— Już późno. — Dodałam prędko. — Nie sądziłam, że się na to zdecydujesz.
Nie potrafiłam wypowiedzieć słowa „tato”. Po latach kłótni z rodzicami nie chciałam mieć z nim nic wspólnego, ale w końcu tradycja to tradycja.
— Wybacz, Gordon. — Zwróciłam się do ojczyma bliźniaków, który nerwowo skubał swoją bródkę. — Rozumiem o co mu chodzi.
Ale mężczyzna uśmiechnął się czule, ucałował lekko moje czoło i powiedział:
— Idź już, on tam czeka. Macie moje błogosławieństwo.
I roześmiany ruszył w kierunku kościoła.
— Kate... — Zaczął ojciec, ale gwałtownie mu przerwałam.
— Nie teraz, proszę. Musimy iść.
Złapałam się jego ramienia odzianego w czarny, elegancki garnitur. Mandy machnęła ręką, dając znak orkiestrze. Zabrzmiała muzyka, która wypełniała sobą cały kościół. Wzięłam głęboki oddech i dałam się poprowadzić ojcu w głąb kościoła. Uśmiechałam się do odwróconych w moim kierunku głów. Rodzina była wyraźnie podzielona – po lewej siedzieli Polacy, moi goście, których doskonale rozpoznawałam, a po prawej Niemcy, wszyscy ze strony Billa. Zauważyłam, że nawet Mandy zdążyła zająć miejsce w ławce obok Toma. Drewniane elementy kościoła przyozdobiono białymi liliami. Przy ołtarzu, na końcu dywanu, którym kroczyłam uczepiona kurczowo ramienia ojca stał mężczyzna, który za niecałą godzinę będzie już moim mężem. Nie miał na sobie garnituru, a nieco wymiętą, zapinaną na guziki koszulę, podobną do tej, którą założył w ostatnie święta Bożego Narodzenia. Poczułam, jak tata luzuje uścisk i odłącza się ode mnie, ruszając ku swojemu miejscu tuż obok matki. Czarnowłosy patrzył na mnie z błogim uśmiechem – po raz pierwszy widział mnie w sukni ślubnej.
— Jesteś piękna. — Szepnął, kiedy stanęłam tuż obok niego.
Odpowiedziałam mu lekkim uśmiechem. Mszę prowadził ksiądz u którego składaliśmy swoje papiery. Homilia był prowadzona po polsku, z krótkimi przerwami, by niemiecki tłumacz mógł wszystko powtórzyć. Bill zupełnie nie słuchał kazania, spoglądając tylko na mnie. Proboszcz opowiadał o małżeństwie jako świętej instytucji, w którą oboje wstępujemy, zgodnie z własną wolą.
— Kate i Bill, czy chcecie dobrowolnie i bez żadnego przymusu zawrzeć związek małżeński?
Oboje rzuciliśmy na siebie ukradkowe spojrzenia.
— Chcemy. — Odparliśmy jednocześnie.
„Chcemy” Billa było nieco zniekształcone, jednak nie potrafiłam nauczyć go lepszej wymowy – oboje daliśmy z siebie wszystko, powtarzając codziennie, aż do złudzenia „chcemy”. Czarnowłosy zaczął nawet wyśpiewywać to na różne melodie.
— Czy chcecie wytrwać w tym związku w zdrowiu i chorobie, w dobrej i zlej doli, aż do końca życia? — Kontynuował kapłan, nie zważając na nasze rozbawione spojrzenia.
— Chcemy. — Odrzekliśmy zgodnie.
— Czy chcecie z miłością przyjąć i po katolicku wychować potomstwo, którym was Bóg obdarzy?

Zmroziło mnie. Nie miałam pojęcia, że padnie takie pytanie! Nie miałam zbyt bliskich stosunków z kościołem, dokładnie nie pamiętałam przebiegów ślubnych ceremonii w rodzinie. Jak mogłam o tym zapomnieć?! Mój narzeczony musiał usłyszeć słowa tłumaczenia dobiegającego z naszej prawej strony i również zamarł. Ktoś z tyłu cicho syknął – zapewne była to Mandy.
— Ch... Chcemy. — Wydusiłam z siebie, zmuszając się do ustania na nogach. Mimo pochłoniętego batonika miałam ochotę zemdleć.
— Chcemy. — Zgodził się Czarnowłosy, choć minę miał nietęgą.
Proboszcz zerknął na nas pytająco zza swoich okularów. Mocno ścisnęłam powieki, by dać mu do zrozumienia, aby szedł dalej.
— Podajcie sobie proszę prawe dłonie.
Zacisnęliśmy wzajemnie palce na swoich rękach, a kapłan owinął je końcem swojej stuły.
— Odtąd te ręce, będą nierozerwalnie sobie towarzyszyły, pomagały i wspierały się.
A więc to teraz. To właśnie ta, magiczna chwila, na którą czekałam już od miesięcy. Za chwilę będę jego żoną i już nikt i nic nas nie rozdzieli. Wiedziałam, że powinnam zacząć, więc na pozór powoli i spokojnie recytowałam przysięgę, w duchu modląc się, by czasem nie zrobić w niej żadnej pomyłki.
— Ja Kate, biorę sobie Ciebie Bill za męża i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż, Panie Boże Wszechmogący, w Trójcy Jedyny i wszyscy Święci.
Czarnowłosy na szczęście nie musiał powtarzać przysięgi po polsku, a ksiądz zdał się na potakiwania głową tłumacza, które świadczyły, że mój mąż się nie pomylił. Po raz kolejny nieśmiało odezwały się skrzypce, wygrywając chwytającą za serce wersję „Ave Maria”. Łzy w końcu popłynęły po moich policzkach, przynosząc ulgę niezmierzonym emocjom.
Z tyłu wywiązała się mała szamotanina i kilka sekund później Tom stanął przy nas z niewielką poduszeczką, na której spoczywały nasze obrączki. Każde z nas ujęło symbol naszego małżeństwa w swoje dłonie i delikatnie, z radosnym uśmiechem włożyliśmy je sobie na palce serdeczne.
— Małżeństwo zostało zawarte! — Zakrzyknął kapłan, gdy tylko obrączki zajęły swoje miejsca. — Ja na mocy Kościoła katolickiego potwierdzam je i błogosławię. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.
Wszyscy zgodnie uczynili znak krzyża.
— Możesz teraz pocałować pannę młodą. — Zwrócił się do Billa, lekko skłoniwszy głowę.
Bałam się tego momentu – jak to będzie całować się przy wszystkich? Ale ten pocałunek nie różnił się niczym, od naszych poprzednich pocałunków. Był soczysty, namiętny i czuły, taki, jakim tylko Czarnowłosy potrafił mnie obdarzyć. Oddałam mu go z lekkim pazurem, przygryzając język chłopaka. Mruknął coś cicho, ale nie miałam ochoty otwierać powiek. Chciałam, by ta chwila trwała i trwała.
— Idźcie w pokoju Chrystusa.
Więc już! Już, stało się i będzie tak na zawsze, tu, obok, nadal będzie trzymał mnie za rękę, tak, jak teraz... Usłyszałam dobrze mi znany, weselny marsz Mandelsona, grany przez orkiestrę symfoniczną. Znów poczułam łzę kręcącą mi się w oku. Śniło mi się to nie raz, najpiękniejsze wyjście z kościoła w moim życiu. Przestały się liczyć kwiaty, goście, piękna suknia, patrzyłam w czekoladowe oczy mojego męża i pozwalałam mu prowadzić się przez tę cudną, główną nawę maleńkiego, górskiego kościółka. Za linią sosen piętrzyły się nagie szczyty Tatr, a ktoś sypał we mnie ryżem. Śmiałam się prze gorące łzy szczęścia na moich policzkach, Bill ściskał mocno moją dłoń, wszystko działo się tak szybko, a w dodatku, mimo tego, że na początku mszy świeciło słońce, zaczynał kropić deszcz. Wszyscy otoczyli nas zwartym kręgiem, wciskając w ręce kwiaty, koperty i spore paczki z prezentami. Każdy chciał złożyć życzenia młodej parze i przy tym być pierwszym.
— Może najpierw rodzice! — Wykrzyknął Tom, przepychając się przez tłum. — Pomogę z kwiatami. — Dodał, widząc moje spojrzenie.
Pierwsza w kolejce byłą Simone z Gordonem. Obficie płakała, ściskając nas z całej siły.
— Boże, Bill! — Szlochała, uwieszając się na szyi syna. — Już masz żonę, moja Kruszynko! Kiedy tak urosłeś!
— Mamo... — Mruknął zażenowany Kaulitz. — Proszę Cię...
— Kochanie, opiekuj się nim, dobrze? — Zwróciła się do mnie, ocierając oczy białą chusteczką.
— Zawsze to robię, proszę Pani. — Uśmiechnęłam się lekko.
— Kate, od zawsze wiedziałam, po prostu czułam... — Jęczała, nie zwracając uwagi na moje zapewnienia. — Możesz mówić mi „mamo”!
— No, stary, tylko mi jej nie skrzywdź! — Ojczym mocno poklepał Billa po ramieniu. — Wiesz, że to moja ulubienica!
Odeszli, wciskając Tomowi w ręce wielkie pudło i bukiet żółtych kwiatów. Tuż za nimi stała moja matka, której wzrok uciekał na boki, razem z ojcem i Kubą. Mały podbiegł do mnie, mocno się przytulając.
— Heej, ale z Ciebie wielki facet! — Pochwaliłam chłopca, dźwigając go na ręce. — I ciężki!
— Kto to? — Zapytał, wskazując palcem na mojego męża.
— Nie można tak, Skarbie. — Skarciłam go za wyciągniętą rączkę. — To jest Bill.
— Biiiiilll! — Mój brat klasnął radośnie w dłonie, a Czarnowłosy uśmiechnął się nieco nieśmiało. — Dlaczego dałaś mu buzi, tam w kościele?
— Kocham go. — Wyjaśniłam krótko, chcąc już ukrócić te pytania. — Ale tak, jak mama kocha tatę. Będziemy teraz razem mieszkać.
— Mogę mieszkać z wami? — Zapytał z nadzieją, spoglądając mi w oczy. — Mogę, mogę, mogęęę? Powiedz, Kate.
— Możesz przyjechać, od czasu do czasu. — Odparłam. — Ale chyba nie mieszkać. Musisz zapytać o to mamy.
— Kate, mieliśmy porozmawiać. — Wtrącił się w końcu ojciec, odbierając mi Kubę.
— To nie jest odpowiednia chwila, może potem. — Mruknęłam, ściskając mocniej ramię ukochanego, który nic nie rozumiał. Chciałam dać mu znać tym uściskiem, uświadomić go, co się dzieje.
— A ja sądzę, że jak najbardziej jest. — Odezwała się w końcu mama. — Nie ma sensu dłużej tego ciągnąć, cierpię... Wiesz, zawsze oglądam Cię w telewizji...
— Przestań. — Burknęłam.
— Dlaczego jesteś tak na mnie nastawiona..? — Szepnęła ze skruchą. — Chcę się z Tobą pogodzić. Widziałam was razem w jednym z programów, on tak na Ciebie patrzy, że już wiem... Nie zrobi Ci krzywdy. Jesteś moją córeczką, tak samo, jak Kuba jest moim synkiem...
— Dlaczego nie pozwoliłaś mi wtedy zostać w Niemczech? — Zapytałam. — Dlaczego pojechałaś na tę wycieczkę? Nie powiedziałaś mi nic o małym?
— Nie odbierałaś telefonów, jak miałam Ci dać znać o Kubie? — Tłumaczyła się szybko, bo za nią wciąż trwało zamieszanie i każdy chciał przecisnąć się do przodu. — Myślałam, że jak wrócisz do domu, to będziesz szczęśliwa, zrozumiesz, że tutaj jest Twoje miejsce, a nie przy nim i... nie mogę uwierzyć, że dzisiaj za niego wyszłaś...
— Mamo, dlaczego mówisz takie rzeczy..?
Sama złapałam się na tym, że instynktownie nazwałam ją matką. Może coś powoli we mnie pękało..?
— Babcia opowiadała mi o waszej wizycie, ściągnął Cię do nich, do kraju, którego języka nie zna, żeby uspokoić Cię po wypadku. Twój ojciec nie robił dla mnie takich rzeczy. Byłabym szczęśliwa, gdybym miała takiego męża i jeszcze szczęśliwsza, jeśli Ty będziesz go miała do końca. Umrę spokojna.
— Mamo, proszę, przestań! — Jęknęłam, czując, że zaraz się rozpłaczę. — Nie umrzesz, przecież... O czym Ty w ogóle mówisz...
Nie wiem dokładnie, jak to się stało – pamiętam tylko, że ona pierwsza się przytuliła. Nieco onieśmielona, również objęłam ją ramionami. Zdałam sobie sprawę, że jestem już od niej wyższa, a matka zdaje się rozsypywać w moich ramionach.
— Rozmażesz sobie makijaż... — Szepnęłam do niej.
— Kate... — Wychlipała. — Bądź szczęśliwa, proszę. I obiecaj mi, że jeszcze porozmawiamy.
Cóż mogłam zrobić? Obiecałam jej tę rozmowę, a ojciec odciągnął ją i Kubę na bok. Byłam nieco oszołomiona tą sytuacją, otaczającymi nas ludźmi i prezentami. Później nie mogłam już sobie przypomnieć, kto co dokładnie mówił, który bukiet podarował i ile razy nas uściskał. Krótką drogę do restauracji pokonaliśmy dorożką, w której miałam okazję poprawić rozmazany makijaż i przytulić się z czułością do męża – nikt nie widział nas w zabudowanej kabinie.
Dopiero kiedy drzwi sali weselnej się otworzyły i zaproszono nas do środka, poczułam strach. A jeśli coś jest nie tak, jak sobie wyobraziłam..? Na szczęście, nasza ślubna doradczyni nas nie zawiodła: chociaż wnętrze bardzo różniło się od tego, jakie widzieliśmy tutaj kilka miesięcy temu, spodobało mi się jeszcze bardziej. Wszystko oświetlało naturalne, nadające atmosferę przytulności światło ognia bijące z kominków i świec. Dekoracji było tak dużo, że nie sposób je opisać: figurki, lampiony, owoce na półmiskach, słoje z makaronem czy grochem, a wszystko to skomponowane ze sobą tak idealnie, że stwarzało cudowną, przytulną atmosferę. Wszędzie coś było i to coś przyciągało wzrok. Nie miałam czasu zapytać, kto zajął się dekoracją sali, bo goście zdążyli już dotrzeć na miejsce i każdemu z nas wciśnięto w rękę kieliszek szampana. Pokrótce wytłumaczyłam Billowi, że powinniśmy rozbić kieliszki za swoimi plecami, bo taka jest tradycja. Zupełnie nie rozumiał, dlaczego związano je wstążką i w dodatku musimy posprzątać potłuczone szkło. W tej chwili żałowałam, że tak mało opowiedziałam mu o polskich, weselnych tradycjach.
Pierwszy taniec także należał do nas. Ponieważ żadne z nas nigdy nie uczyło się tańczyć, po prostu objęliśmy się lekko i wirowaliśmy powoli, mniej więcej w takt muzyki. Przyłączali się do nas kolejni goście, dzięki temu taniec stał się mniej krępujący i nawet obecność nachalnego kamerzysty, który widocznie skupiał się tylko na nas nie była już taka straszna. Ucałowałam usta męża w podziękowaniu za tę chwilę, a kelnerzy zaprosili wszystkich do stolików. Siedzieliśmy przy okrągłych, ośmioosobowych stołach, przyozdobionych kwiatami. Przy każdym talerzu ustawiono karteczkę z imieniem i nazwiskiem osoby, która miała zająć to miejsce. Krzesło dla mnie i Czarnowłosego było obite zwiewną tkaniną, a za nami, na ścianie ktoś uformował wielkie serce z różowych balonów wypełnionych helem.
Jako przystawkę podali nam tatar i coś, co prawdopodobnie było łososiem, chociaż tak naprawdę nie znam się na rybach. W każdym razie smakowało wyśmienicie i sprawiło, że każdy z utęsknieniem wyczekiwał na właściwe menu. Zamiast zupy podano mój ulubiony krem borowikowy, któremu nie potrafiłam się oprzeć – nie miałam pojęcia, kto jest naszym kucharzem, ale danie było wyśmienicie przyprawione. Kiedy na stołach pojawiły się główne potrawy, zauważyłam zachwyt w oczach gości. Sądząc po wyglądzie porcji, to zapłaciliśmy fortunę za wyżywienie dzisiejszej uroczystości, ale przecież najważniejsze są wspomnienia – wesele powinno się mieć raz, a porządnie. Rozpoznałam starannie klejone pierożki z jagnięciną, krewetki z warzywami i małże w jakiejś zalewie, ozdobione plastrami rzodkiewki. Mieliśmy soczyste polędwiczki, kacze mięso i nawet medaliony z dzika, które zrobiły prawdziwą furorę wśród koneserów smaku. Jako dodatki podano ziemniaczki puree, kluski śląskie z pięknie zeszkloną cebulką, zasmażane buraczki i warzywa na parze, które trzeba było samemu wyciągnąć ze sporego słoja. Podanie potraw w ogóle było sporą atrakcją. Zupę otrzymaliśmy w drewnianych miseczkach, kacze mięso trafiło do nas jeszcze w brytfankach, a wszelkie surówki na kawałeczkach drewna, które każdy mógł położyć przy swoim talerzu. Kiedy przyniesiono truskawkowe ciasteczka, nikt nie miał już ochoty na deser, a mimo to wszystkie natychmiast zniknęły z półmisków.

Przy stołach kwitły rozmowy i śmiechy, wszyscy potrzebowaliśmy odrobiny czasu, by zawartość żołądków mogła spokojnie się w nich ułożyć i pozwolić nam tańczyć. Góralska kapela po cichu coś pobrzękiwała, ale nikt ich nie słuchał. Rodziny zapoznawały się ze sobą, a ja kąpałam się w basenie pełnym szczęścia wraz z Billem.

♥♥♥♥


Prawdziwa zabawa rozpoczęła się dopiero dwie godziny później, kiedy na stołach pojawiły się pierwsze butelki wódki, muzyka grała w najlepsze i nikt nie pamiętał już o wystawnym obiedzie. Państwo młodzi, owładnięci swoją bliskością i odległą perspektywą wizyty we własnym pokoju, skorzystali z restauracyjnej toalety, gdzie oboje wyładowali swoją potrzebę bliskości – penis Kaulitza wciskał się z impetem w ukochaną żonę, która za wszelką cenę starała się nie stękać. Mimo wszystko wszyscy korzystający w tej chwili z męskiej toalety, doskonale zdawali sobie sprawę, co dzieje się w kabinie obok. Chociaż trudno było wydostać się z miłosnych objęć, musieli wrócić na salę i udawać, że cudownie zajada im się podaną kolacją, mimo tego, że wszystkie narządy wciąż pulsowały rozkoszą.
Tańczyć zaczęli dużo później, gdy na sali był już przynajmniej jeden pijany wujek, który obskakiwał wszystkich nieco zbyt namolnie. Nie rozstawali się na dłużej niż dwa — trzy tańce i szybko do siebie wracali, by znów utonąć we własnych ramionach.
Około dziesiątej Bill siedział przy swoim stoliku, popijając z wolna szampana. Wprost nie mógł uwierzyć w to, co widział: nie miał pojęcia, że rodzina jego żony będzie taka imprezowa! W tej chwili panowie tańczyli coś w rodzaju greka zorby, ale Czarnowłosy nie był do końca pewien, czy docelowym tańcem nie był kankan. Jeszcze przed chwilą wszyscy podśpiewywali jedną, skoczną piosenkę, której nie znał i na przemian wkładali sobie na głowę jego ślubny cylinder.
— Przepraszam za nich. — Kate opadła na krzesło obok niego, zarumieniona od szaleństw na parkiecie. — Są już trochę pijani.
Nie odpowiedział jej, przyglądając się protestom wujostwa, gdy muzyka ucichła.
— Mogę ich uspokoić. — Zaproponowała, widząc jego minę. — Hej, już tam idę.
— Coś Ty, zostań! — Chłopak złapał ją za dłoń, zmuszając, by została przy nim. — Spójrz, super się bawią. Po prostu jestem zaskoczony, nie zdawałem sobie sprawy, że wy... to znaczy, że Polacy...
Blondynka uśmiechnęła się dobrodusznie.
— Ależ wiem, o co Ci chodzi. — Przerwała mu. — Nie sądziłeś, że potrafimy się tak bawić. Panuje przesąd, że gdzie są Niemcy, tam jest dobra zabawa i mnóstwo hałasu. Niespodzianka, Skarbie! Twoi są raczej spokojni.
Bill nie miał ochoty teraz o tym rozmawiać. Nachylił się ku swojej żonie, odgarnął jej jasne włosy i delikatnie przygryzł małżowinę ucha.
— Heej! — Zamruczała karcąco. — Co Ty!
— Chciałbym iść z Tobą do pokoju... — Szepnął cicho Kaulitz, ale kiedy zauważył jej spojrzenie, dodał prędko: — wiem, nie ma jeszcze północy. Ale chciałbym.
— Pójdziemy. — Oświadczyła, podnosząc się. — Czy pan młody zechce ze mną zatańczyć?
— Jesteś niemożliwa. — Chłopak zaczął chichotać. — Ale, czemu nie?
Ujął jej wyciągniętą rękę i poprowadził na parkiet. Kate ułożyła dłoń na jego barku, a on sam złapał ją delikatnie, acz zdecydowanie w talii. Pachniała pięknie – wypite wino trochę utrudniało mu ocenę – czy była to wanilia, cynamon, a może piżmo..? Obracali się powoli wokół własnej osi, głowa dziewczyny spoczęła na jego piersi. Chociaż piosenka była po polsku, to Bill zgadywał, że facet śpiewał o miłości. Żona lekko dygotała w jego ramionach. Spojrzał na obrączkę tkwiącą od kilku godzin na palcu i poczuł przypływ obowiązku.
— Kochanie, czy wszystko w porządku? — Zapytał spokojnie, przystając w tańcu. — Trzęsiesz się.
Podniosła głowę i spojrzała mu w oczy. Jej własne lśniły od łez.
— To tylko ładna piosenka... — Wyjaśniła cichutko. — Wiesz, jest o lecie, o takiej prawdziwej, letniej miłości.
Czarnowłosy nagle poczuł nieodpartą ochotę, by ją pocałować. Była tak niesamowicie słodka, przejmowała się nawet tekstem piosenki i o mało co się przez niego nie rozpłakała. Jak to się stało, że udało mu się nakłonić taką dziewczynę, żeby za niego wyszła? Całą siłę woli skupił na tym, by cmoknąć ją tylko w nos, a resztę zachować sobie na noc poślubną. Wrócili na swoje miejsca, a ukochana usiadła mu na kolanach.
— Spójrz, chyba zaczynają się dogadywać. — Aby poprawić humor Kate, wskazał na członków ich rodzin.
Gordon zgrabnie wywijał z jej babcią, którą Bill zdążył poznać w czasie krótkiego weekendu, a ojciec dziewczyny porwał do tańca Simone.
— To dobrze. — Blondynka faktycznie lekko się uśmiechnęła. — Ale spójrz na tych.
Jej dłoń dyskretnie wskazała Cornelię i Alexa. Ta pierwsza w ogóle nie była zainteresowana Maxem, jak początkowo przypuszczali. Przyjaciel pana młodego siedział przy stoliku z Andreasem, racząc się kolejną butelką wódki. Robiło im się coraz weselej i bardziej kolorowo, parze na parkiecie – coraz intymniej. Panna młoda wstała z kolan męża, podchodząc do ściany. Bill przyglądał się jak odwiązuje z niej różowy balonik w kształcie serduszka, z których zrobiono jedno wielkie serce za ich plecami. Kate przewiązała tasiemkę napełnionego helem balona do swojego nadgarstka, tworząc sobie niezwykłą, fruwającą bransoletkę. Chłopak spojrzał na nią pytająco.
— To dziecinne, wiem. — Uśmiechnęła się lekko. — Ale miałam na to ochotę, więc czemu miałabym sobie odmówić..?
Dzisiaj był tylko i wyłącznie jej dzień. On sam, Bill, był tylko skąpym dodatkiem do jej idealnej osoby. Cały ten ślub, wszystkie pieniądze, które mogliby wydać na inne przyjemności, wpakował w dzisiejszą uroczystość. Wszystko miało być tak, jak sobie zażyczyła. Każde jej najmniejsze życzenie musiało zostać dziś spełnione, ponieważ zgodziła się być panną młodą. Jego żoną. Panią Kaulitz.

Cornelia i Alex całowali się na parkiecie, a Max zerkał na nich z wyraźną goryczą.

♥♥♥♥


Podobnie jak Bill myślałam tylko o tym, żeby uciec weselnej sali – to prawda, była piękna i spełniła wszystkie moje ślubne marzenia, ale mimo wszystko chciałam być z nim sam na sam. Z niecierpliwością czekałam na północ, a jej nadejście zwiastował wjazd wielkiego, kilkupiętrowego, białego tortu. Udało nam się go wspólnie pokroić i w miarę sprawiedliwie podzielić między gości. Ku mojemu zadowoleniu nie była to wypieczona margaryna, a najprawdziwszy tort, z białą czekoladą, kremem i miękkimi warstwami ciasta. Już rozumiałam, dlaczego zapłaciliśmy za niego taką cenę, ale w smaku był świetny. Połowę swojego kawałka oddałam spragnionemu słodkości Kubie, który szarpał mnie za sukienkę.
Piętnaście minut później, gdy wszyscy się już napili i najedli, a po torcie nie było żadnego śladu, na parkiet zostali poproszeni wszyscy kawalerowie. Tom, Alex, Max i Andreas dzielnie kroczyli na przodzie, ciągnąc za sobą Gustava i Georga, oraz dwóch moich kuzynów. Ponieważ Bill nie miał za bardzo czym rzucać, pożyczono krawat od mojego dziadka, który już od lat był w udanym związku małżeńskim. Czarnowłosy wkroczył do okręgu i pozwolił sobie przewiązać oczy czarną chustą. Obrócił się kilka razy wokół własnej osi, w rytm muzyki wygrywanej przez zespół i wyrzucił krawat w powietrze. Wszystko wyglądało jak w zwolnionym tempie: krawat poszybował ku górze, na chwilę zatrzymał się i zaczął spadać w dół, wprost w ramiona Dreda. Ten złapał go nieco onieśmielony.
— Taaak! — Wrzasnęła dziko Mandy, rzucając się na szyję swojego chłopaka. — Kochanie!
Obdarzyła ukochanego soczystym buziakiem i mocno się do niego przytuliła, wzbudzając tym śmiech wśród gości. Bill już po okrzyku rozpoznał, w czyje ręce wpadł krawat. Uśmiechnął się sam do siebie, doskonale zdając sobie sprawę, że dał komuś odrobinę radości. Tom przyglądał się krawatowi uważnie, po czym również objął swoją dziewczynę.
— No dobrze, dobrze. — Mruknął, udając niezadowolonego. — Może masz rację i to jakiś znak.
Zmieniliśmy się miejscami. Czarnowłosy z niemałym trudem odpiął mi welon z włosów, przy okazji wyszarpując z nich siłą kilka spinek.
— Przepraszam... Ojej... — Mruczał, nieudolnie starając się nie wyrywać mi kolejnych kosmyków.
— Ałć! — Jęknęłam, czując kolejne szarpnięcie.
Na szczęście, przy mojej niewielkiej pomocy chłopak szybko sobie poradził, a ja mogłam stanąć wewnątrz kręgu utworzonego przez niezamężne panny. Mąż zawiązał mi oczy, a orkiestra zaczęła grać. Dobrze wiedziałam, że Czarnowłosa koczuje na ten welon i starałam się celować na nią. Na moje nieszczęście, tuż obok stała Cornelia, która wyciągnęła rękę nieco szybciej niż druga przyjaciółka. Natychmiast rozwiązałam czarną opaskę by spojrzeć, do kogo trafił biały materiał. Blondynka gniotła go w palcach nieco zmieszana.
— Ja... Mandy... Znaczy, to tak... — Tłumaczyła się gęsto dziewczyna, spuszczając głowę.
— Hej, przecież to nie znaczy, że wychodzisz za mojego Toma, co? — Moja przyjaciółka poklepała ją lekko po plecach. — Daj spokój, Corny.
Zrobiło się nieco niezręcznie, więc orkiestra zagrała skoczną, góralską melodię, która natychmiast porwała wszystkich do tańca. Jeszcze raz zawirowałam w ramionach Billa, a kiedy ostatnia nuta skrzypiec ucichła, zapytałam:
— Uciekamy już?
— Chcesz się kochać? — Szepnął mi do ucha, podczas gdy górale zagrali kolejną piosenkę.
— Szczerze? — Uśmiechnęłam się lekko. — Nie mam na to siły.
— I ja. — Przyznał, z widoczną ulgą na twarzy. — Nie mam na nic sił.
— Chciałabym tylko się do Ciebie przytulić. W łóżku, w ciepłej pościeli.
Billy cmoknął delikatnie małżowinę mojego ucha.
— Masz rację. Chodźmy już.
Było mi żal opuszczać weselną salę, jednak ciągnęłam do bliskości mojego męża. Nasza noc poślubna to najpewniej jedna z najważniejszych chwil w naszym życiu. Pragnęłam być z nim już sama, dotykać go tak, jak nie mogłam tego robić tu, przy wszystkich. Kiedy i ta piosenka ucichła, oboje podeszliśmy do orkiestry i poprosiłam o mikrofon. Odchrząknęłam znacząco i zaczęłam krótką, acz znaczącą dla mnie mowę:
— Chcieliśmy wam podziękować za to, że towarzyszyliście nam w tym niezwykle ważnym dla nas dniu. Jesteśmy niezwykle szczęśliwi, dzięki temu, że nasz ślub mógł być wydarzeniem nie tylko dla nas, a także dla naszych bliskich. Ja sama niezwykle cieszę się, że obu naszym rodzinom udało się znaleźć wspólny język, a nam wszystkim zażegnać dawne spory. — Tutaj spojrzałam w kierunku matki. — Chcieliśmy podziękować za piękne prezenty i szczere życzenia, a zarazem powiedzieć, że to przyjęcie będzie trwało aż do przysłowiowego „ostatniego gościa”! My natomiast udajemy się do naszego apartamentu, by celebrować nie tylko urodziny mojego męża ale także naszą noc poślubną!
Puściłam gościom porozumiewawcze oczko i oboje z Billem zeszliśmy ze sceny i przepychając się przez tłum, poklepywani i obsypywani resztkami ryżu, który najwyraźniej nasi goście zatrzymali w kieszeniach marynarek.



Kate 2/05/2010 12:28:15 [Powrót] Komentuj


Witam!Cały dzień czytałam rozdziały twojego opowiadania.Naprawdę wciągają ;) Masz wielki talent do pisania.Fajnie,że się pobrali.Jestem tylko ciekawa jak rozwiążą problem z dziećmi.In vitro?Adopcja?Pozdrawiam,Rissa.Wpadnij do mnie jeśli masz czas: http://my-story-of-the-th.blog.onet.pl/
Rissa 22/05/2010 09:26:35
brak www IP: 83.24.46.32

Od dawna twierdziłam,że czekolada sprawdza się w każdej sytuacji;P Gdyby nie mars Kate by nam jeszcze zemdlała;P Ale ostatnio zaczęło się robić nudno... Ten ślub i cały szum wokół niego zaczyna męczyć..
Lola 21/05/2010 23:04:26
brak www IP: 77.113.104.20

Ach i są już małżeństwem:) Teraz będą żyli długo i szczęśliwie i będą mieli multum dzieciaków, prawda? :P
Pippi 20/05/2010 10:28:16
brak www IP: 95.41.162.71

Wow w końcu są małżeństwem:) Niech Kate zajdzie w ciążę:)
Szarlotka 18/05/2010 16:34:39
brak www IP: 95.41.99.178

Wow, jaki długi odcinek:D Bill i Kate nie mogli się powstrzymać, co? ;P Dobrze, że była tam ta toaleta;P Ciekawe, czym nas zaskoczysz jeszcze w tym opowiadaniu:)
Lilly 16/05/2010 07:18:28
brak www IP: 95.40.50.167

pięknie =* ślubu tylko pozazdrościć ;]] ehh , rozmarzyłam się czytając...
Jazz 12/05/2010 20:51:39
brak www IP: 83.7.211.70

Juz cale przeczytane. Nie wiem dlaczego w firefoxie chodzi a w explorerze nie. Oczywiscie licze na to ze Kate jednak zajdzie w ciaze. Z Billem oczywiscie:p Chociaz jakby tak nagle zaszla to Bill napewno by stwierdzil ze go zdradzila. Ale mimo to fajnie by bylo jak by jednak byla w ciazy:) Slub calkiem fajny. Toaleta najlepsza:p Mnie sie najbardziej chcialo smiac z tych striptizerow w poprzedniej notce hahaha. Ogolnie fajnie piszesz jak na swoje lata. Czytalam twoje poprzednie opowiadanie jak je jeszcze pisalas i tez mi sie podobalo. Jak na tyle lat co mialas wtedy dobrze i ciekawie pisalas.
Kasia 10/05/2010 23:59:00
brak www IP: 85.89.170.42

Czy teraz Tom poprosi Mandy o rękę?? Jestem bardzo ciekawa, czy Kate zajdzie w ciążę, choć bardziej romantycznie byłoby w pokoju niż w restauracyjnej toalecie... Ciekawe, co będzie dalej.. Czekam na next :D
@my 9/05/2010 20:35:54
brak www IP: 95.41.167.151

Nie no....notka cudna i wzruszająca. Świetnie piszesz :))
Dosia ;* 9/05/2010 00:52:07
brak www IP: 80.238.108.13

Piękny Ślub aż się popłakałam...A wy reszta moglibyście pisać coś innego niż tylko Kiedy notka . ? i Kiedy notka. ?
Lexis 6/05/2010 04:14:34
brak www IP: 83.29.202.116


Podstrona: *1* / 2

Szablony z Tokio©
Miss Izabela.
navigation

Weblog
Zähler:
48637

Besitzer


Dodaj do Ulubionych

Ich

Robię coś.
Jak zwykle nietypowo.
Nie mów mi, że mam słodkie usta.
I tak już ktoś ma je na własność.
Pan Bóg stworzył mnie.
A ja, czuję się wyjątkowa.
Jak każdy z nas.
Kocham.
I jestem kochana.
Nie pytaj przez kogo.
Mam pluszowego misia.
Śpię z nim każdej nocy.
I wcale się tego nie wstydzę.
----
Na obrazku:
Moje własne, prywatne oczętaa ;).

Gäste
Ksiega Gości
Dodaj do Księgi

Lieblings








Archiv
2010
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień


Layout
Szablony z Tokio
Miss Izabela.
Tokio Hotel.