EPILOG
Aaał! Czuję, jak coś ciężkiego wskoczyło mi na brzuch. Nie dość, że jest niesamowicie gorąco, a ja muszę leżeć w łóżku, to mała, rozwydrzona małpka skacze teraz po mnie, starając się mnie obudzić.
— Mamo! — Krzyczy Frycek, umiejętnie wykorzystując sprężyny materaca. — Mamusiu!
Mały ma już pięć lat, dzielnie chodzi do prywatnego przedszkola i jest najsłodszym dzieckiem, jakie znam. Odziedziczył jasne włosy po mojej matce, a jego czupryna jest już tak gęsta, że wygląda jak mały amorek z niebieskimi oczkami.
— Kochanie, zejdź ze mnie. — Jęczę, nie otwierając oczu i szukając po omacku rękoma jego małego ciałka. — Chodź no tu.
Przyciągam chłopca na poduszkę, a on całuje mnie w policzek. Uśmiecham się lekko i podnoszę powieki, by spojrzeć na jego okrągłą buzię.
— Nie powinieneś tu wchodzić, tata Ci mówił. — Grożę mu palcem, jednak on najwyraźniej wcale się tym nie przejmuje. — Jestem chora, mogę Cię zarazić.
W środku lipca zapadłam na paskudną anginę. Moje migdały urosły do rozmiarów włoskich orzechów, a w gardle utworzyły się ropne pęcherze. Ledwo mówię i choć wiem, że odwiedziny Frycka są nie na miejscu, strasznie się cieszę, że w końcu go widzę. Mały wzrusza ramionkami i przytula się do mnie.
— Zrobię Ci eliksir, mama. — Szepce, wyraźnie zadowolony. — I wyzdrowiejesz! Tak!
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, chłopiec zniknął w łazience przy sypialni. Słyszę, jak z kranu leje się woda, a maluch grzebie na półkach, w poszukiwaniu jakichś tajemniczych składników. Kaszlę krótko i chwilę po tym drzwi się otwierają. Czarnowłosy trzyma na ręku wielkooką Amelię, która natychmiast wyciąga do mnie swoje maleńkie rączki. Amelka to nasza córka, którą urodziłam niespełna dwa lata temu. Ma ogromne, brązowe tęczówki odziedziczone po Billu i jasne włosy, opadające kaskadami loczków na jej plecki. Dzisiaj tato zawiązał jej nieco niezdarnie dwa kucyki. Kładzie dziewczynkę na materacu, a ona natychmiast pełznie w moim kierunku.
— Fryderyk! — Woła mój mąż, stukając do łazienki. — Wiem, że tam jesteś! Wyjdź natychmiast!
— Zostaw go, Skarbie. — Mówię słabo, odchrząkając. Am zwija się w kłębek przy mojej piersi. — On...
— Jeszcze nie gotowe tata! — Odwrzaskuje malec z łazienki. — Czekaj!
Kaulitz posyła mi spojrzenie, które wyraźnie mówi „taki mały, a już taki nieusłuchany!”. Uśmiecham się tylko, głaszcząc córeczkę po włoskach. Dziewczynka podnosi główkę i wydyma usta, które delikatnie całuję.
— Zarazisz ją! — Syczy Bill.
— Daj spokój. — Prycham, gładząc policzek małej. — Nic im się nie stanie. A nawet jeśli zachorują, to ja już będę zdrowa i się nimi zajmę. Ten mały Książę – wskazuje znacząco na łazienkę – byłby bardzo szczęśliwy, mogąc całymi dniami oglądać bajki.
W tej chwili drzwi się otwierają i wychodzi Frycek, niosąc ostrożnie wypełniony prawie po brzegi kubeczek, którego używamy do płukania ust. Podaje mi go z szerokim, szczerbatym uśmiechem. Zaglądam do środka – płyn ma dziwną, brązową barwę, jest gęsty i okropnie śmierdzi. Na powierzchni unosi się odrobina białej pasty do zębów, której widocznie nie rozmieszał, lub uznał, że to element dekoracji.
Czarnowłosy z ciekawością zbliża się do łóżka i zagląda do kubka.
— Może łyczka, Skarbie? — Żartuję, podsuwając mu naczynie pod nos.
On krzywi się, wywołując tym samym grymas na twarzy Frycka. Chłopiec patrzy na mnie uważnie, gdy po raz kolejny staram się wyczuć, jakie esencje stworzyły ten paskudny smród.
— No pij mama. — Nakłania synek. — Będziesz zdrowa.
Zaciskam mocno wargi, przestaję na moment oddychać, zamykam oczy i przechylam kubeczek. Gęsta substancja dotyka skóry nad górną wargą, ale na szczęście nie muszę jej smakować.
— O tak, od razu mi lepiej. — Oznajmiam, odkładając napój na szafkę nocną. — Dziękuję Kochanie.
— Musisz wypić do końca! — Nakłania mnie maluch. — Zobaczysz, że będzie Ci lepiej!
— Wypiję później. — Obiecuję, targając mu czuprynę ręką. — Chodź do mamy.
Dyskretnie wycieram usta ręką, gdy chłopiec wspina się na łóżko. Oboje, wraz z Amelią przywierają do moich ramion. Czarnowłosy patrzy na to wszystko, nie kryjąc uśmiechu.
— Ty też chodź do nas. — Mówię, kiwając na niego głową. — Będziemy wszyscy razem.
Mężczyzna unosi dziewczynkę i zajmuje jej miejsce, a następnie kładzie ją pomiędzy nami. Czuję ciepło mojej rodziny i natychmiast ból w gardle nieco ustępuje. Przymykam oczy, kładąc głowę na ramieniu męża.
— Nie spać, mama. — Szepce maleńka, wyciągając do mnie rączkę.
Wciąż nie mówi zbyt dobrze i posługuje się złymi formami gramatycznymi. W większości przypadków można ją już na szczęście zrozumieć. Frycek turla się przez mój brzuch do taty, siada na nim okrakiem i woła głośno:
— Wio, koniku! Wio!
Bill natychmiast podskakuje na sprężynach materaca, a malec zaśmiewa się głośno, to unosząc się, to opadając.
— Ja też! — Prosi Am, gramoląc się na tatę.
Nie wiem, jak nam się to udało, ale nasze rodzeństwo jest w większości zgodne – Fryderyk obejmuje Amelię i już po chwili oboje chichoczą, jadąc na prowizorycznym koniu. Czarnowłosy co jakiś czas woła wesoło „ihaha!”, a ja ledwo powstrzymuję się od śmiechu.
Myślę o tym, co bym bez nich zrobiła. Co bym zmieniła, gdybym mogła cofnąć czas. Nie odeszłabym wtedy, gdy Bill znalazł się w szpitalu. Może bym z nim uciekła, wtedy, w Loitsche? Żałuję lat, które spędziłam na kłótni z rodzicami – teraz są ukochanymi dziadkami, którzy dzwonią prawie codziennie, a gdy moje dzieci dowiadują się, że jedziemy do Polski, szaleją z radości. Fryderyk potrafi już powiedzieć kilka słów, a jestem pewna, że kiedyś zechce poznać mój ojczysty kraj dogłębniej – zobaczyć najpiękniejsze miejsca, które cały czas trzymam w swoim sercu.
Ale gdyby ktoś zapytał mnie, czy zgodzę się przeżyć życie raz jeszcze, tak samo, jak teraz, zgodziłabym się. Koniec moich przygód jest wyjątkowo szczęśliwy. Patrzę na uśmiech mojego męża i dzieci, jestem szczęśliwą matką. Niczego mi nie brakuje i nie pozwolę, by kiedykolwiek zabrakło czegoś moim dzieciom. Minęło tyle lat, a ja stałam się dojrzałą kobietą. Kocham i nadal jestem kochana, choć popełniłam wiele błędów. Mam wspaniałego mężczyznę, którego pragnę trzymać za rękę aż do ostatniej chwili.
Nie musicie się o mnie martwić. Teraz, po wszystkim, co udało mi się już przeżyć – zawsze dam sobie radę.
KONIEC
Przede wszystkim, chciałabym serdecznie podziękować każdemu z was, kto czytał to opowiadanie i wraz z Kate przeżywał jej losy. W życiu zawsze jedno się kończy, a coś nowego zaczyna. To opowiadanie było dla mnie czymś ważnym: czymś, z czego po raz pierwszy jestem w końcu zadowolona. Wiem, że nie osiągnęłam jeszcze szczytu pisarskiego kunsztu i wciąż się rozwijam: dla jednych mogę być dobra, innym to co tworzę może wydawać się beznadziejne. Wciąż się rozwijam i otwieram swojej wyobraźni nowe drzwi. Uczę się opisywać ludzkie przeżycia i emocje, nie zawsze jestem doskonała. Być może za kilka lat, gdy otworzę tego bloga i przeczytam kilka zdań, nie będę mogła uwierzyć, że naprawdę napisałam coś tak okropnego. Jeśli macie ochotę, możecie wybrać się ze mną w kolejną, tym razem nieco bardziej zawiłą podróż o smaku malinowego soku. Zapraszam was na der-himbeersaft.blog.onet.pl, gdzie będziecie mogli spojrzeć na życie Kaulitzów nieco inaczej. Gdzie już nie będzie tak szczęśliwie, jak tutaj.
Dziękuję wam, moim czytelnikom, dla których prowadzę te blogi. Dziękuję mojemu ukochanemu, który podtrzymuje mnie na duchu, gdy tracę wiarę w pisanie. Dziękuję mojej rodzinie, która akceptuje to, że całymi dniami okupuję komputer i 20 razy poprawiam jeden akapit. Dziękuję mojemu psu, który leży tuż obok mnie i ogrzewa mnie swoim ciepłem, za każdym razem, gdy piszę coś nowego - chociaż ma maleńki rozumek, jest najmądrzejszym i najczulszym stworzeniem, jakie znam. Samej sobie nie muszę dziękować. Chcę tylko, byście wiedzieli, że w każde swoje słowo wkładam serce i duszę, pragnąc, by było najpiękniejszym z możliwych.
Więc..? Napijecie się ze mną odrobiny Malinowego Soku?
To w sumie już... ostatni pełen rozdział. Coś ściska mnie w sercu, jak zawsze. Co prawda, to jeszcze nie koniec, ale wiem, że już niedługo. Gdybym nie miała czegoś nowego i nie była tym tak podekscytowana, pewnie byłoby mi bardzo ciężko. Jak wygląda życie bez pisania..?
Rozdział LXIV „Nowy członek rodziny”
Byłam wtedy w ósmym miesiącu. Dopiero ósmym! Mój brzuszek był taki okrąglutki, codziennie wieczorem siadywałam w wiklinowym fotelu przy łóżeczku tak bardzo oczekiwanego, nowego domownika i opowiadałam mu bajki, otulając się jednocześnie ciepłym kocem. Maluszek odpowiadał leciutkimi kopnięciami. Nigdy nie kopał mnie mocno, jedynie tak, jakby chciał powiedzieć „mamusiu, jestem tutaj i słyszę Cię”. Nigdy wcześniej mnie nie bolało, tak jak tamtego dnia.
Był 8 czerwca. Za oknem padał deszcz. Ciemne chmury zawisły nad Hamburgiem i nic nie wskazywało na to, że pogoda jeszcze dziś się poprawi. Z powodu ulewy wciąż tkwiliśmy z Billem w domu – gdzie moglibyśmy się ruszyć, gdy nasze ubrania przemakały w tempie sprintera, biegnącego właśnie życiówkę na stu metrach? Gdyby po przebudzeniu ktoś powiedział mi, że pod wieczór będę półprzytomna i otępiała bólem, nie uwierzyłabym, a co najwyżej, postukała się z litością w czoło. W niecałą godzinę po obiedzie poszłam do toalety, a ponieważ używam papieru toaletowego zawsze, bez względu na to, co robię, znów ujrzałam na nim krwawą plamę.
— Bill, znowu leci mi krew. — Mruknęłam, siadając na kanapie obok męża i podobnie jak on wlepiając wzrok w ekran telewizora.
Nie przejął się tym zbytnio: od ostatniej wizyty u lekarza zdarzało się to prawie codziennie i było nie tyle groźne, co uciążliwe.
— Połóż się, czy coś. — Poprosił, podgryzając precelki. — Powinnaś wypoczywać Kate. Zrelaksuj się. Wdech, wydech, takie tam. Osz kurwa!
Piłka odbiła się od słupka, a kibice niemieckiej drużyny na trybunach jęknęli przeciągle. Kaulitz podkręcił dźwięk, by lepiej słyszeć komentatora. Minęło piętnaście minut, w czasie których kotłowałam się na kanapie, walcząc z dziwnym otępieniem. Piłkarze biegali po boisku, a Czarnowłosy nie spuszczał oczu z ekranu, co jakiś czas pokrzykując hasła, zagrzewające drużynę do boju.
— Źle się czuję. — Jęknęłam w końcu.
Obiad który zjadłam, kotłował się w moim żołądku, najwyraźniej gotów, by ponownie pooglądać świat, wykorzystując do ucieczki moje usta. Przycisnęłam obie dłonie do warg, modląc się, by nie zwymiotować. Hiszpanie strzelili Niemcom gola.
— Kochanie? — Z twarzy Billa nagle spłynęła wszelka krew. Stał się biały jak papier. — Kate, co się z Tobą dzieje?
Odciągnął moje ręce od ust i starał się pomóc mi usiąść, ale mój żołądek, pobudzony ruchem, skurczył się boleśnie, a ja zwymiotowałam na męża, brudząc mu ręce, koszulkę i spodnie. Na jego podołku leżał kawałek ryby, której jeszcze najwyraźniej nie zdążyłam strawić.
— Ułaa. — Zachichotał nerwowo, najwyraźniej starając się rozładować atmosferę. — No nic się nie stało.
Mimo wszystko widziałam w jego oczach obrzydzenie. Jakkolwiek mocno by mnie kochał, obrzyganie rybą zawsze by go odrzucało. Mnie zresztą też.
— Jesteś taka blada. — Kontynuował, przykładając mi dłoń do czoła. — I chyba masz gorączkę! Dzwonię do kliniki. Niech przyjadą.
— Nie, proszę... — Sapnęłam, choć ogarniał mnie ukrop i czułam, że za chwilę stracę przytomność. — Nie potrzeba, ja nie...
Pociemniało mi przed oczami i w ostatku świadomości zdałam sobie sprawę, że zsuwam się z kanapy.
Czułam, jak się budzę, dosłownie sekundę później. Ciemność ogarnęła mnie tylko na chwileczkę, tak, byłam tego pewna. Słyszałam więcej niż jeden głos. Może Bill wezwał Toma? Ale tak szybko by dojechał..?
— Kate, Kate, otwieramy oczy, budzimy się. — W otępieniu rozpoznałam głos doktora Schilda.
Podniosłam powieki i ze zdziwieniem stwierdziłam, że lekarz faktycznie przykuca przy kanapie, na której ktoś musiał mnie ułożyć – przecież z niej spadłam. Czarnowłosy stał tuż za nim, przyglądając mi się z troską. W pokoju było jeszcze dwóch sanitariuszy, oni jednak pozostali z tyłu, nie chcąc się narzucać.
— Co Pan tu robi..? — Jęknęłam, czując, że znów mam ochotę zwymiotować. — Przecież tylko chwilę, jak...
— Nie było Cię pół godziny. — Przerwał mój mąż, dotykając z czułością moich nóg. — Wezwałem karetkę z kliniki.
Gdzieś w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka: dziecko.
— Zabierzecie mnie? — Zapytałam, bardziej doktora Schilda, niż sanitariuszy. — Zbadacie mojego synka?
Mężczyzna pokiwał głową. Chciałam wstać, ale przytrzymał mnie ręką, kiwając na swoich pomocników. Przenieśli mnie ostrożnie na nosze, a później, otulając ciepłym kocem, na dwór. Deszcz już nie padał. Karetka stała przed domem, co nieco mnie zdziwiło. Ginekolog musiał zauważyć moje spojrzenie, bo zażartował swobodnie:
— Ledwo się przecisnęliśmy przez ten busz! Moglibyście wyciąć trochę lasu!
Słyszałam jak Bill pospiesznie zamyka drzwi i dobiega do nas. W jego ręku tkwiła błękitna torba, teraz wypchana po brzegi. Rozpoznałam moją wyprawkę do szpitala, jeszcze nie do końca skompletowaną, ale to zawsze coś. Brakowało na pewno szlafroka czy szczoteczki do zębów, rzeczy, których używałam na co dzień.
— Jechałaś kiedyś karetką? — Doktor Schild najwyraźniej myślał, że ma do czynienia z pięciolatką. — Spójrz, jaka ładna.
— Doktorze... — Mruknęłam, robiąc błagalną minę. — Za miesiąc skończę 20 lat. To niepotrzebne.
— Zawsze weselej. — Odciął się krótko.
Bardzo szybko znalazłam się w karetce, z Billem, trzymającym mocno moją dłoń. Wszystko mnie bolało i pragnęłam, by to wszystko skończyło się jak najszybciej. Kierowca przecisnął się przez gałęzie leśnych drzew przed domem i na sygnale ruszył ulicami Hamburga. Nie zatrzymaliśmy się ani na moment, więc pewnie inne samochody zjeżdżały nam z drogi. Do kliniki dotarliśmy po niedługim czasie, w których doktor Schild wstrzyknął we mnie już kilka substancji. Nikt mnie nie zarejestrował, przewieziono mnie prosto na USG, gdzie zmartwiona mina ginekologa kazała mi przypuszczać, że jest źle. Bez słowa podał mi tylko kolejny zastrzyk przy którym syknęłam i poprosił, bym razem z Billem poczekała na niego w korytarzu. Tak też zrobiliśmy, siadając na plastikowych krzesełkach i mocno trzymając się za ręce. Gdy doktor wyszedł oboje odruchowo wstaliśmy, przyglądając się wyrazowi jego twarzy. Nie był zbyt wesoły.
— Jest poważny problem. — Stwierdził doktor Schild, z grobową miną. — Pępowina tego mojego Skrzacika, na zdjęciu wygląda, jakby go dusiła. To nie jest bezpiecznie Kate. Łożysko Ci się odkleja i co do tego nie ma wątpliwości. Rodzimy dzisiaj.
— Nie! — Jęknęłam, dotykając nabrzmiałego brzucha. — Nie chcę... Nie miałam dziś rodzić, nie jestem gotowa!
— Kochanie, to niebezpieczne dla dziecka. — Przekonywał mnie Czarnowłosy. — No, urodzimy razem. Niech Pan jej da to... na rodzenie, doktorze. Cokolwiek to jest.
— Hormony. — Poinformował ginekolog. — Ale najpierw muszą państwo iść tam, do pokoju.
Wskazał palcem drzwi na końcu korytarza, wokół których kręciło się kilka pielęgniarek.
— Przygotują Cię do porodu. Spotkamy się w Twojej sali za jakąś godzinę. I weź to, musisz pokazać przy odbiorze rzeczy. — Lekarz wcisnął mi w rękę moją dokumentację medyczną.
Byłam przerażona. Nie pomyślałabym, że już dzisiaj urodzę mojego chłopczyka. Jeszcze nawet nie wiedziałam jak go nazwę, a już przyszło mi powitać go na świecie? Jak to będzie..? Czy sobie poradzimy? Bill pociągnął mnie za rękę we wskazanym wcześniej przez lekarza kierunku. On sam odszedł w przeciwną stronę i prawie natychmiast wdał się w dyskusję z jakąś inną pacjentką, również w bardzo zaawansowanej ciąży.
Po przejściu przez drzwi natychmiast rzuciły się na mnie dwie pielęgniarki. Nieco zdezorientowana podałam jednej z nich dokumenty, druga ułożyła mnie na krześle ginekologicznym. Wyjaśniła krótko, że abym mogła uniknąć zażenowania i wstydu na sali porodowej, wśród kilkunastu osób, którym będę musiała pokazać swoje krocze, wydepiluje mnie. Powoli zrywała kolejne włoski z mojego łona, posługując się woskiem. Nie wiedziałam, gdzie podział się Bill – nie słyszałam, by klapnęły drzwi, więc musiał nadal być w pomieszczeniu. Co kilka sekund wydawałam z siebie cichy syk, gdy pielęgniarka zrywała woskowy plaster. Gdy skończyła słyszałam, jak jej koleżanka wygania mojego męża z pokoju. Nie miałam pojęcia, co mi zrobią, ale odwrócili mnie na brzuch i... och, to było obrzydliwe. Zrobili mi lewatywę. Natychmiast zrozumiałam, dlaczego wyproszono Czarnowłosego – tak samo jak w przypadku wymiotów, poczułby pewnie obrzydzenie. Gdy już zebrałam się w sobie i, mimo bólu w pośladkach, wstałam, wciśnięto mi w ręce szczoteczkę do zębów, mydło, szpitalne, białe kapcie i dwa ręczniki. Mandy miała rację, naprawdę dbano tutaj o przyszłe mamy. Pielęgniarki ubrały mnie w koszulę nocną sięgającą kolan, z głębokim nacięciem, umożliwiającą szerokie rozłożenie nóg do rodzenia.
Dziesięć minut później leżałam już w swojej sali, bardzo podobnej do tej, w której jeszcze kilka miesięcy temu odwiedzałam Mandy. Siedzący obok mnie Bill zapewniał, że już poinformował rodzinę o tym, że dzisiaj urodzę, ale nie był pewien, kiedy uda im się dojechać. Ściskał mocno moją dłoń, obsypując palce pocałunkami. Suwane drzwi otworzyły się i z korytarza wkroczył doktor Schild, wioząc ze sobą półeczkę na kółkach, na której poukładano kilkanaście buteleczek. Zgadywałam, że w szufladce ukryto mnóstwo igieł i strzykawek, tak, bym nie musiała ich od razu oglądać.
— Rodzimy? — Zapytał, uśmiechając się komicznie.
Uwielbiałam tego lekarza. Gdyby przyszło rodzić mi kolejne dzieci, od początku chciałabym, by prowadził moją ciążę. Był pełen luzu, śmiał się ze wszystkiego i niczego, robił głupie miny i potrafił doskonale rozluźniać napięcie przestraszonych mam.
— Nie chcę. — Jęknęłam, zaciskając palce na nadgarstku Czarnowłosego. — To pewnie strasznie boli...
— Z każdą sekundą pępowina na szyi Twojego dziecka może się zaciskać. — Przestrzegł mnie, z całkiem poważną miną. — Łożysko wciąż się odkleja, chociaż po zastrzyku dzieje się to trochę wolniej. Musisz podpisać zgodę.
Wyciągnął ku mnie czarną podkładkę, do której przytwierdzono arkusz z możliwymi powikłaniami. Nie chciałam czytać tych wszystkich okropnych rzeczy, złapałam długopis i zmuszając się, by nie patrzeć na mrowie czarnych literek, obwieszczające, że mogę umrzeć w czasie porodu, podpisałam się w prawym dolnym rogu strony.
Tak jak myślałam, w szufladce ukryto strzykawki: ginekolog wyjął jedną z nich, napełnił płynem z flakonika i zbliżył się. Zamknęłam oczy, gdy odkażał moją skórę wacikiem i chwilę później poczułam, jak igła wbija się pod moją skórę. Starałam się nie panikować, czując ją głęboko w mięśniu. Lek rozpływał się po moim ciele, od ramienia, w którym czułam okropne rwanie, w dół i w dół. Lekarz wyjął strzykawkę i przycisnął wacik do mojej skóry. Kręciło mi się w głowie, ale dzielnie przytrzymałam go dłonią.
— Jeśli zaczną się skurcze, proszę wołać. — Uśmiechnął się dobrodusznie, zapewne nie zdając sobie sprawy, jak wielkie cierpienie mi zadał. Nienawidziłam zastrzyków od zawsze. — Myślę, że za pół godziny spotkamy się na porodówce. — Wycofał się na korytarz i chyba na kogoś wpadł. — Oj, przepraszam. Dzień dobry.
Do sali wkroczyły dwie osoby. Tom niósł wielkiego, pluszowego miśka, który zasłaniał całą jego twarz. Mandy dotknęła delikatnie mojego policzka, nachyliła się i cmoknęła mnie w czoło.
— Jak się czujesz, Kochanie? — Zapytała, siadając na krześle obok Czarnowłosego. — Dali Ci ten paskudny zastrzyk?
— Tak, przed chwilą. — Odpowiedział za mnie Bill. — Za pół godziny ma już rodzić.
Obchodzili się ze mną jak z papierową zabawką. Jakbym była co najmniej niedorozwinięta i w ogóle nie rozumiała, że mówią o mnie: o bólu, jaki przyjdzie mi znieść, o uczuciach, które muszą mi teraz towarzyszyć. Tak naprawdę nie myślałam o tym, jakie będzie moje dziecko. Strach miażdżył moje żebra, zagnieździł się w klatce piersiowej i wyraźnie było mu tam dobrze, bo nie próbował wychodzić. Kotłował się również w mojej głowie, przylegając złośliwie do ścian czaszki. Paraliżował zdolność myślenia, ledwo mogłam oddychać. Minęło prawie dziesięć minut, a coś gwałtownie się we mnie poruszało. Moje dziecko.
— Jak się czujesz? — Pytał raz po raz mój mąż i nawet nie czekał na odpowiedź, bo udzielał jej sobie sam. — Pewnie okropnie.
Maluch gwałtownie kopnął. Zrozumiałam, że zaczyna się najstraszniejsza chwila mojego życia. Jeszcze nigdy aż tak się nie bałam. Jeśli coś pójdzie nie tak, mogę umrzeć i ja, i mój synek. Zamknęłam oczy, skupiając się na powracających co rusz skurczach. Najpierw były maleńkie, prawie niezauważalne. Później przypominały ból, który towarzyszył mi w trakcie miesiączki, a w ciągu kolejnych minut wzrosły o tysiąckroć i wywołały szalone wrzaski. Chciałam tylko umrzeć. Miotałam się na łóżku, a łzy ciekły z moich zmrużonych oczu.
— Nie minęło nawet 25 minut! — Wrzeszczał doktor Schild, gdy wieźli mnie wraz z innymi sanitariuszami na porodówkę.
Wspomnienia tamtych chwil są zatarte. Nie wiem, skąd ginekolog wziął się w moim pokoju oraz jak udało mi się dotrzeć na salę. Nie pamiętam, czy zawstydziłam się, kiedy wszyscy spojrzeli na moje nienaturalnie rozszerzone krocze i oczekiwali wyjścia główki. Jedynym wspomnieniem porodu jest ból, wrzaski, które wydobywały się z mojego gardła, oczy Czarnowłosego, kiedy ocierał mi twarz wilgotną szmatką lub podawał butelkę z wodą, bym mogła się napić. A później nasilający się ból, gdy główka dziecka zaczęła przeciskać się przez moją pochwę. Krzyczałam, okropnie krzyczałam, modląc się tylko o omdlenie.
— Pani Kaulitz! — Usłyszałam gdzieś z daleka, jak głos nagrany na zepsutej taśmie magnetofonowej. — Tniemy?!
Miałam zamknięte oczy i musiałam chwilę się zastanowić, o co właściwie chodzi.
— NIE! — Zawyłam, przewracając się na łóżku. — Żadnych cięć!
— Popękasz! — Głos doktora Schilda unosił się gdzieś obok. — Nie damy rady!
— Pierdolę to! — Odpowiedziałam, czując, że jeśli zaraz coś się nie stanie, rozwalę tę całą porodówkę.
Ból był nie do wytrzymania. Bill zbliżył się, by dotknąć mojej twarzy, ale ja byłam zbyt zamroczona, by rozpoznać jego intencje.
— Zabiję Cię! — Krzyczałam szaleńczo, zaciskając pięści.
Pierwsze pęknięcie pojawiło się dokładnie w chwili, gdy trzasnęłam Czarnowłosego w nos. Zatoczył się, a ja, zalana kolejną falą potężnego bólu wreszcie, niemal z nabożną ulgą, straciłam przytomność.
♥♥♥♥
Bill trzymał się kurczowo za obity nos. Ból rozchodził się po całej jego twarzy. Nie był złamany, to wiedział na pewno, ale bolał. Kate nie miała tyle siły, by zmiażdżyć mu kości, ale mimo wszystko, nieźle mu przypieprzyła. Jedna z pielęgniarek chciała się nim zająć, ale on wykrztusił tylko:
— Dajcie jej znieczulenie, niech już śpi. Niech już nie musi cierpieć.
Po tym, jak omdlała, na porodówce zrobiło się dziwnie cicho. Podczas gdy siostra podawała jego żonie lek usypiający, on sam cofnął się, by zobaczyć, czy główka już się pokazała. Maleńkie, ciemne włoski wyłaniały się powoli ze spękanego i zlanego krwią krocza dziewczyny. Doktor Schild delikatnie pociągał główkę, by szybciej się urodziła. Patrzył na to wszystko jak zahipnotyzowany, by po kilkunastu minutach ujrzeć w końcu w całości twarzyczkę swojego synka. Lekarz pociągnął ramionka, które urodziły się prawie natychmiast, a za nimi wypełzł brzuszek i nóżki. Maluszek był już na świecie. Pospiesznie odcięto mu pępowinę, faktycznie owiniętą wokół szyi, nie proponując tego Billowi. Przyglądał się, jak podpinają jego maleństwo do kolejnych kabli i układają w maleńkim inkubatorze. Wciąż nie oddychał sam – płuca jeszcze do końca się nie wykształciły, ale lekarze zapewniali, że mały przeżyje. Siedział przy Kate, masując swój obolały nos. Chwilę później jeden z pielęgniarzy oznajmił, że może obejrzeć swoje dziecko.
Chłopca umyto i ułożono na białej pościeli. Choć z początku wydawało się, że ma ciemne włoski, po oczyszczeniu z krwi pojaśniały. Wsunął rękę w jeden z czterech otworów i delikatnie dotknął skóry na brzuchu synka. Maleńka piąstka wysunęła się i ścisnęła mocno jego palec. Uśmiechnął się promiennie, czując, jak jego serce napełnia się radością. To jego dzieło. Coś, co było o wiele lepsze od jego muzyki, która w porównaniu z tym małym cudem wydała mu się nagle tandetna. Ten mały chłopiec, ściskający z taką siłą jego palec wskazujący, był najlepszym, co udało mu się w życiu stworzyć.
♥♥♥♥
Nie wiem, jak długo musiałam spać. Kiedy się obudziłam, natychmiast poczułam palący ból w kroczu, oraz spory ciężar, który ktoś ułożył mi na brzuchu. Spróbowałam otworzyć oczy, ale jedynym obrazem, jaki udało mi się zarejestrować, była świecąca jasno lampa jarzeniowa. Nadal jestem na porodówce? Gdzie moje dziecko? Moje dziecko! Żyje..?
— Kochanie? — Usłyszałam cichutki szept przy swoim uchu. — Obudziłaś się?
Wciąż byłam zamroczona i musiałam się skoncentrować, aby rozpoznać ten głos. Po kilkunastu sekundach nie miałam już wątpliwości, że siedzi przy mnie mój mąż. Pomarańczowa poświata za moimi powiekami nieco ściemniała, więc zgadywałam, że ktoś przysłonił lampę. Ponownie starałam się otworzyć oczy. Naprzeciw siebie zobaczyłam wielkie, zmartwione, brązowe tęczówki i opadające na czoło czarne kosmyki.
— Hej... — Wychrypiałam, starając się uśmiechnąć.
Odkryłam, że boli mnie nie tylko krocze, ale mięśnie całego ciała. Ruch językiem podczas mowy, czy też próba uśmiechu kończą się nieprzyjemnym ukłuciem. Co oni mi zrobili? I gdzie jest moje dziecko?
— Jak się czujesz? — Zapytał, gładząc mój policzek palcem. — Tak bardzo krzyczałaś...
— Nie ważne. — Zbyłam go, wciąż bezskutecznie usiłując się podnieść. — Gdzie jest mały? Co z nim?
Kaulitz uśmiechnął się lekko, a jego oczy nabrały nagle niespotykanego blasku. Był szczęśliwy i nie musiałam go nawet pytać, czy tak faktycznie jest. Takie rzeczy się widzi.
— Wszystko z nim w jak najlepszym porządku. — Oświadczył, dotykając delikatnie mojego czoła. — Wciąż jesteś rozpalona Kate, wypoczywaj.
— Opowiedz mi o nim. — Poprosiłam, podciągając się nieco na poduszkach i jednocześnie krzywiąc z bólu. — Jaki jest? Kiedy go zobaczę?
Mina Billa nieco się zmieniła, a oczy spochmurniały.
— Kiedy sama wstaniesz... — Szepnął, chyba bojąc się mojej reakcji. — Leży w inkubatorze, nie można go stamtąd wyjąć. Ma mnóstwo prześlicznych włosków na główce i jest cały różowiutki. Pokochasz go od razu.
— Już go kocham! — Poprawiam go natychmiast, oburzona. — Był we mnie osiem miesięcy! Cały czas przy mnie, uwielbiam go!
Mój mąż znów zaczyna się śmiać.
— Hej, niedługo będziesz go kochała bardziej, niż mnie!
— To inna miłość... — Gdybym miała więcej sił, na pewno nadal byśmy się przekomarzali. Ale ponieważ nie byłam w stanie nawet ruszyć palcem, przymykam oczy, czekając, na odpowiedź.
Ona jednak nie padła. Zapanowała głucha cisza, którą mężczyzna przerwał dopiero po chwili.
— Tak naprawdę wygląda strasznie. — Jęknął, ujmując moją dłoń.
Automatycznie otwieram oczy i zaczynam mu się intensywnie przypatrywać. O czym mówi'?!
— Jest piękny po nas, to prawda. — Przyznaje Czarnowłosy. — Ale poprzypinali go do mnóstwa kabelków, nie potrafi jeszcze sam oddychać... Nie mogłem nawet wziąć go na ręce, można tylko delikatnie go dotknąć. Nic więcej. Jest taki maleńki, malutki.
Ton jego głosu był mokry od zbierających się w kącikach oczu łez. Nie wiedziałam, że to będzie dla niego aż takie przeżycie. Mogłam zdecydować się zaczekać, zagrozić życiu małego, ale... nie wybaczyłabym sobie, gdyby umarł.
— Przyniesiesz mi wody? — Poprosiłam, starając się jak najprędzej zmienić temat. — Zaschło mi w gardle.
Bill nie odpowiedział na głos. Pokiwał głową, wstał i zostawił mnie samą pod jasnym, strasznym światłem szpitalnej jarzeniówki.
♥♥♥♥
Kate wyszła ze szpitala tydzień później, gdy pęknięcia w większości już się zagoiły. Dzień po porodzie odwiedziła ją cała rodzina: rodzice Billa, Tom, Mandy, nawet jej brat i matka z ojcem. Razem z mężem zdecydowała, że nazwie chłopca po polsku – Fryderyk. Chociaż Czarnowłosy miał wyraźny problem z wymówieniem imienia synka, zdrobnienie Frycek bardzo mu pomogło, a dodatkowo w jego ustach brzmiało niesamowicie zabawnie. Mały musiał pozostać w szpitalu kolejny tydzień, by jego płuca wykształciły się do końca. Młodzi rodzice odwiedzali go codziennie, spędzając długie godziny w sali noworodków. W końcu nadszedł wielki dzień, w którym chłopiec mógł po raz pierwszy jechać do domu. Rodzice mogli wziąć go na ręce, nie bojąc się, że synek w każdej chwili może przestać oddychać. Był całkowicie zdrowy, co potwierdziły badania przeprowadzone przez doktora Schilda.
Tak jak obiecałam, wracam z nową notką :) Wiem, że jest troszkę późno, ale cóż - trzeba było odespać 9 godzin podróży. Nad morzem jest naprawdę wspaniale, jeśli ktoś się wybiera w najbliższym czasie, to osobiście zazdroszczę. Szukam szablonu do nowego bloga, który, nawiasem mówiąc, jest już gdzieś w czeluściach internetu i czeka, aż zdecyduję się zacząć nad nim pracować :D.
Rozdział LXIII „Problemy”
— Przepraszam. — Rzuciłam, podnosząc się z krzesła.
— Coś Ty mu dała?! — Zawołał za mną Tom, kiedy pędziłam po schodach na górę, w ślad za Czarnowłosym.
Czułam na plecach palące spojrzenia rodziny, więc przyspieszyłam i przeskakując po trzy stopnie naraz dotarłam na górę. Bill siedział w łazience, na rogu wanny, obracając w palcach plastikowy tester. Ta scena przypominała mi inną, również niezbyt wesołą – kiedy pierwszy raz nakryłam go ze strzykawką. Zamknęłam za sobą drzwi pomieszczenia i przysiadłam tuż obok niego. Nie zaszczycił mnie nawet spojrzeniem. Wciąż gapił się na dwie kreseczki w szarym okienku.
— Boisz się..? — Szepnęłam cichutko, opierając głowę na jego ramieniu.
Pomyślałam, że zaraz ją strąci, ale chłopak nie zareagował. On po prostu siedział, a ja nie miałam już pewności, jakie myśli tłuką się o wnętrze jego czaszki. Tak często porozumiewaliśmy się bez słów, a dzisiaj okazało się to zbyt trudnym zadaniem. W nasze pierwsze Boże Narodzenie jako małżeństwo.
— Nie. — Odezwał się nagle. — Nie o to chodzi.
— Bill...
— Nie Kate. — Przerwał mi gwałtownie. — Jestem bezpłodny. Skąd niby jest to dziecko? No skąd?!
Nie był zły, nie wrzeszczał na mnie. Ale przy każdym wypowiedzianym słowie, w tonie jego głosu słychać było przeogromny smutek, a w oczach lśniły krople łez.
— Proszę, pozwól mi wytłumaczyć..! — Jęknęłam dramatycznie. — Daj mi szansę!
Spojrzał na mnie, nie kryjąc odrazy.
— Jeszcze chcesz się tłumaczyć? — Prychnął, a pierwsza ze słonych kropelek popłynęła jego policzkiem. — Kate, jesteś beznadziejna.
Zabolało bardziej, niż wszystkie te złe rzeczy, które od niego kiedykolwiek usłyszałam. Bardziej niż ten cholerny email, wysłany do mnie przez Josta. Bo to były słowa, które padły z jego ust. Chciał wstać, ale uprzedzając go, padłam na zimne kafelki i otoczyłam jego stopy ramionami.
— To nie jest tak, Bill. — Wyrzucałam z siebie słowa z prędkością karabinu, świadoma, że za chwilę może mi uciec. — Byłam u lekarza, powiedział, że tak się czasem zdarza, że wystarczy jeden żywy plemnik i jestem w ciąży, Bill, Billy! To jest Twoje dziecko, chyba, że jestem wiatropylna!
— Może jesteś. — Burknął, wyszarpując nogę z mojego uścisku. — Byłem w Berlinie. Może udało Ci się kogoś poznać. Proszę! Podejrzewałem to i jest!
— Wiedziałam, że tak zareagujesz! — Pisnęłam, jeszcze mocniej ściskając łydkę chłopaka. — Jestem już w drugim miesiącu! Zaszłam w październiku! Na samym początku!
Wokalista zamyślił się na chwilę, zapewne poszukując dobrego argumentu.
— Ha! — Ryknął w końcu. — Byłem w trasie! Kilka dni, ale byłem i...
— I ja byłam z Tobą. — Dokończyłam za niego. — Pamiętasz? Kochaliśmy się na stole, a Tom nas nakrył i... ojej...
Nagle dotarło do mnie coś, co sprawiło, że wszystkie negatywne emocje opadły i miałam ochotę uśmiechnąć się do całego świata. Łzy szczęścia zwilżyły mi powieki, a w odrętwieniu puściłam nogę ukochanego. Ten jednak zatrzymał się, wyraźnie zaciekawiony.
— Wtedy go spłodziliśmy. Na tym stole!
Czarnowłosy przymknął oczy, a na jego twarzy rozlał się błogi uśmiech.
— O tak, pamiętam. — Przyznał w końcu, kucając tuż przy mnie. — Naprawdę jest moje? To chłopiec? Czy dziewczynka?
— Jeszcze nie znam płci. Ale tak, jest Twoje. Co do tego nie mam żadnej wątpliwości.
Chyba naprawdę mi uwierzył, wyciągnął do mnie rękę i pogłaskał delikatnie moje włosy. Ktoś zastukał nieśmiało do drzwi łazienki i nie czekając na naszą odpowiedź, nacisnął klamkę.
— Przepraszam... — Na progu pojawiła się Simone. — Słyszałam wasze krzyki, a Ty Billy tak wybiegłeś...
— Już nic. — Wokalista pokręcił głową. — Jest dobrze. Ale musisz coś wiedzieć. To był trochę szok dla mnie i... może usiądź...
Matka Kaulitza zmarszczyła czoło i przysiadła na zamkniętej desce toaletowej. Wbiła spojrzenie w swojego syna, który nadal głaskał mnie jak swojego ukochanego szczeniaczka i czekała.
— Będziesz babcią. — Wypalił mój mąż, uśmiechając się do niej promiennie.
— Wy..? — Simone wskazała na nas oboje palcem. — Ale przecież Ty... Znaczy mówiłeś... Przecież nie możesz!
— A jednak.
— GORDON! — Wrzasnęła kobieta z nutą rozpaczy w głosie.
Ojczym chłopaków kilka sekund później stanął w drzwiach, gotowy do rozdzielenia mnie i Billa, gdyby okazało się, że podczas naszej kłótni doszło do rękoczynów.
— Kochanie? — Obrzucił żonę rozeźlonym spojrzeniem, widząc, że nic złego się nie dzieje. — Przecież nic im nie jest!
— Następni. — Mruknęła martwym głosem. — Oni będą mieli dziecko.
— To cudownie! — Wypalił mężczyzna, rzucając się na mnie i na Billa. — Wspaniale, naprawdę. Noo, Billy, Billy!
— Czuję się staro. — Jęknęła matka bliźniaków, załamując ręce.
♥♥♥♥
Kiedy Simone pokonała już swój kompleks starości (z niewielką pomocą Gordona), również zaczęła cieszyć się z ciąży synowej. Z radością obejmowała Kate, głaszcząc jej, wciąż płaski, brzuch odziany w szeroką koszulę. Mandy, Tom i cała reszta rodziny zebranej na świątecznej kolacji nie mogła się nadziwić, jakim sposobem młodemu małżeństwu udało się w naturalny sposób zajść w ciążę, skoro u Billa zdiagnozowano bezpłodność.
— Po prostu tak jest! — Odpowiadał Czarnowłosy, rozlewając wszystkim szampana, którego Gordon wyciągnął z piwnicznej kolekcji. — Sami nie wiemy! Cud!
Humor jego żony uległ gwałtownej przemianie. Zgodnie z tym, co przewidywał podczas ciąży Mandy rok temu, teraz to blondynka była w centrum zainteresowania. Śmiała się, pozwalała każdemu dotykać swojego brzuszka i zgrabnie odmówiła kieliszka, wykręcając się stanem błogosławionym. Wieczorem w łóżku pozornie było tak samo jak kiedyś – przytulnie, ciepło i czule. A mimo to, Czarnowłosy czuł, że coś się zmieniło. Gdzieś w środku miał tę świadomość, że teraz będzie ich już troje. Może kupią sobie psa? Nie, teraz najważniejszy jest pokoik dla maleństwa. Och, jak chciałby już wiedzieć, czy to będzie chłopiec, czy dziewczynka! Cieszył się, że skoro Kate podchodzi już pod trzeci miesiąc, on będzie musiał czekać tylko pół roku. Chociaż jego sytuacja była nieporównywalna z tym szczęściarzem Tomem, który dostał swoje dziecko w prezencie – Mandy miała już duży brzuszek, kiedy się ze sobą zeszli. Ale z drugiej strony, czy nie lepiej poczekać? Być przy Kate, kiedy będą się działy wszystkie te cudowne rzeczy: pierwsze kopnięcie, ruch maluszka w brzuchu... Delikatnie przyciągnął do siebie żonę, kładąc dłoń na jej podbrzuszu. Już spała, ale mimo to lekko podniosła głowę i ułożyła się na ramieniu mężczyzny. Poczuł zapach jej włosów. Wtulił w nie zmęczoną, ale szczęśliwą twarz.
Sylwester był bardzo spokojny. Spędzili go we dwójkę, przed telewizorem rodziców Kaulitza. Bill, chcąc dotrzymać towarzystwa swojej żonie, również zrezygnował z alkoholu i zabawy.
Tom i Mandy pojechali na imprezę do Leipzig, zostawiając małego Jacoba pod opieką dziadków i wujostwa. Chłopiec szalał przez większość wieczoru, rozrzucając wokół kolorowe zabawki i męcząc wujka Billa noszeniem na rękach. Ten jednak dzielnie znosił gimnastykę z maluchem, a Kate nabrała pewności, że spełni się w roli szczęśliwego ojca.
I tak minęły pierwsze trzy miesiące ciąży.
Mniej więcej pod koniec czwartego, kiedy, o dziwo, brzuszek dziewczyny wciąż był ledwo widoczny, a ludzie w miejscowym sklepie nie wierzyli, że jest w ciąży i może się źle czuć, zdarzyło się coś dziwnego.
♥♥♥♥
— O Boże, Bill! — Zawołałam przerażona, przyglądając się kawałkowi papieru toaletowego, który trzymałam w ręku.
Ponieważ młodszy Kaulitz wziął sobie dłuższy urlop od zespołu, tłumacząc się Jostowi trudną ciążą, którą przechodzimy razem, był w domu i natychmiast przybiegł do łazienki. W sumie, nie skłamał – co dwa tygodnie musiałam pojawiać się u nieprzyjemnej pani ginekolog, która sprawdzała, czy z naszym dzieckiem wszystko w porządku. Na szczęście, podczas ostatnich, najważniejszych dla maluszka miesięcy, miał się mną zająć dużo przyjemniejszy lekarz, na co dzień pracujący w renomowanej klinice, w której urodziła Mandy. My również wybraliśmy ją na miejsce mojego porodu. Dopuszczali ojca do udziału w porodzie, a jeśli wierząc w zeznania mojej przyjaciółki, przyjście na świat maluszka odbywało się komfortowo zarówno dla dziecka, jak i matki. Ponieważ mój mąż naczytał się wiele w internecie o tym, jaki to upokarzający może być poród, zmusił mnie, byśmy zrobili mały wywiad wśród przyjaciół. A ponieważ jedyną rodzącą z naszego kręgu znajomych była Mandy, tylko ona mogła polecić dobrą klinikę.
— Coś się stało? — Zapytał z niepokojem w głosie Kaulitz. — Krzyczałaś.
Wyciągnęłam ku niemu kawałek papieru, którym przed chwilą podtarłam się po siusianiu. Prócz żółtego moczu lśniła na nim szkarłatna plama krwi. Oczy Czarnowłosego rozszerzyły się gwałtownie.
— Podtarłam się i widzisz? Krew! Boję się! — Łzy spływały mi po policzkach, jedna za drugą, opłakiwały nieuchronną śmierć mojego dziecka.
— Ubieraj się. Szybko, jedziemy. Biegiem, Kate! — Poganiał. — Nie ma czasu!
Biegłam jak oszalała na dół, przyciskając dłonie do obolałego brzucha. Był koniec lutego, na ulicach wciąż leżały brudne, śniegowe zaspy, a wiosenna odwilż jak na złość nie chciała się pojawić. Mimo to wsunęłam nogi w nieco przyciasne baleriny i w tempie biegnącego geparda znalazłam się w garażu, a potem na fotelu samochodowym.
— Ale masz buty. — Mruknął Bill, nerwowo zaciskając palce na kierownicy, aż ich koniuszki pobielały.
— Tutaj jest moja lekarka, dokąd mnie wieziesz?! — Zawołałam, widząc, że mija właściwy budynek. — Nie ma czasu!
— Jest niedziela Kate, zamknięte! — Przypomniał mi, dociskając pedał gazu. Samochód już dawno przekroczył dozwoloną prędkość na terenie zabudowanym, ale mimo to Czarnowłosy nadal przyspieszał. — Wiozę Cię do kliniki. Niech obejrzy Cię profesjonalny lekarz, a nie ta stara kobyła. Nie znoszę jej.
Jechał chyba jakąś znaną sobie trasą, mrucząc do siebie:
— I teraz dwójką... Do świateł, tak. W lewo, w lewo, na rondzie drugim zjazdem...
— Co Ty..? — Zagadnęłam, zupełnie zbita z tropu.
— Wyznaczyłem sobie najkrótszą trasę do szpitala. — Odparł, zatrzymując się na czerwonym. — Cholera!
Coś gwałtownie ścisnęło mnie w brzuchu. Poczułam się tak, jakby ktoś rozrywał mi jajniki, albo nacinał je ostrym nożem. Pisnęłam z bólu, zwijając się na fotelu. Czułam mokrą plamę na bieliźnie, ale nic nie mogłam na to poradzić.
— Już! — Zawołał Bill niecałą minutę później, zatrzymując się przed samym wejściem do kliniki i ignorując trąbiący z tyłu samochód.
Wysiadł i okrążył nasz pojazd biegiem, otwierając mi drzwi. Facet z tyłu odsunął szybę i darł się wniebogłosy, ale wokalista nie zwrócił na niego uwagi, prowadząc mnie na drżących nogach do drzwi. Widząc sławę, niemłoda recepcjonistka rzuciła się na nas, narzucając swoją pomoc.
— Pan Kaulitz! Proszę, niech Państwo siądą. — Wskazała na ławeczkę tuż przy jej okienku. — Lekarz na pewno za chwileczkę się Państwem zajmie.
— Ona krwawi! — Ryknął mój mąż na przerażoną kobietę. — Widzi Pani ten brzuch?! Tam w środku jest moje dziecko! I ono umiera!
Twarz pielęgniarki pobladła. Rzuciła się na telefon na swoim biurku, a ja, obolała, przysiadłam na wskazanej przez nią wcześniej ławeczce. Słyszałam, jak wykrzykuje różne, wydarte z kontekstu słowa, takie jak „Państwo Kaulitz”, „ ciąży”, „krew” i „prędko”. Gdybym straciła tę ciążę będąc pod opieką tutejszych lekarzy, oznaczałoby to, że zostaną pozwani przez mojego męża, a przy okazji stracą sporo z międzynarodowego prestiżu.
Tymczasem maluch w moim brzuchu nadal wygrywał skoczne melodyjki na moich narządach rodnych, przez co czułam, jakby ktoś mi je wyrywał. Pochwa pulsowała regularnym bólem, przypominającym ten miesięczny, jednak przynajmniej milion razy silniejszym. Czy to nie jest skurcz? Czy ja czasami nie rodzę?
Na izbę przyjęć wpadł przejęty lekarz w zielonym fartuchu, rozglądając się jak dziki zwierz, szukający zwierzyny. Dostrzegł mnie, z niewielkim brzuchem, zwijającą się z bólu na tej cholernej, twardej ławeczce, oraz mojego Billa, który zerkał na zegarek i nerwowo postukiwał nogą.
— Państwo Kaulitz! — Zawołał, pędząc w naszym kierunku. Jego fartuch zabawnie powiewał i nagle zachciało mi się chichotać. Zwariowałam? — Nazywam się Hans Schild i będę lekarzem prowadzącym tę ciążę. Co się dzieje? Dlaczego nie pojechali Państwo do swojego ginekologa?
— Jest niedziela. — Burknął nieco gburowato Czarnowłosy. — A Kate dość obficie krwawi. To raczej nie za dobrze.
— Boli mnie brzuch. — Szepnęłam, przyciskając do niego obie dłonie. — Jajniki, jajowody, jakbym pękała...
Mężczyzna wskazał na składany wózek inwalidzki, stojący między kolejnymi ławeczkami. Bardzo przypominał mi ten, na którym jeździł kiedy Bill. Nie chciałam na niego siadać, ale jeśli spacer byłby niebezpieczny dla naszego dziecka, zgodziłabym się nawet na podróż latającym dywanem.
— Ostrożnie. — Rzucił mój ukochany, pomagając mi usiąść.
— Zamiana ról, co? — Wysiliłam się na słaby żart.
— Wreszcie czuję się jak facet, a nie jak pluszowy miś.
Lekarz nie zwrócił uwagi na naszą wymianę zdań, prowadząc Billa pchającego wózek ze mną do windy, a później, na drugim piętrze, do swojego gabinetu. Wciąż mnie bolało i z każdą sekundą było coraz gorzej. Wózek zatrzymał się tuż przy fotelu ginekologicznym, Czarnowłosy zaczął ściągać mi spodnie. Poczułam dziwne obrzydzenie, w związku z lekarzem, ale dobrze wiedziałam, że muszę mu się pokazać – co, jeśli z dzieckiem byłoby coś nie tak?
Panowie wspólnymi siłami przenieśli mnie, jęczącą z bólu przy każdym dotknięciu i chłodny fotel. Doktor Schild założył białe, pachnące miętą rękawiczki i ułożył moje nogi na dwóch wspornikach. Czułam, że jeśli za chwilę nie dostanę zastrzyku, to eksploduję.
— Dość obfite to krwawienie. — Stwierdził, a ja poczułam, po raz pierwszy w życiu, palce innego mężczyzny niż Bill. — Ale z dzieckiem chyba w porządku, zrobimy na wszelkie „ale” USG.
— Czytałem, że tak można poronić. — Chciał wykazać się wokalista, dumnie wypinając pierś. — Od razu kazałem jej wsiadać do samochodu!
Dotyk lekarza był bardzo delikatny, on sam był mężczyzną w średnim wieku, około czterdziestki. Na skroniach, wśród przerzedzonych czarnych włosów pojawiały się już pierwsze siwe kosmyki. Wokół ust miał kilka zmarszczek, świadczących o częstym uśmiechu. Tym lepiej dla mnie i mojego maleństwa.
— To dobrze, ale raczej poronienia tutaj nie będzie. Przepraszam, czy w czasie ciąży miała Pani miesiączkę?
— Em... Nie. — Odparłam po krótkim wahaniu. — Czekałam na nią i przez to zrobiłam test ciążowy, byłam zniecierpliwiona. Nie miałam okresu od października.
— Bo mnie to wygląda na zwyczajną... miesiączkę. — Pokręcił lekko głową. — I towarzyszące jej bóle. Miała Pani bóle miesiączkowe?
Zaprzeczyłam gwałtownym ruchem.
— To dziwne. Nie wygląda Pani na ciężarną. Kobiety w drugim trymestrze mają już naprawdę spory brzuch, a Pani nie ma prawie w ogóle. Przebyła Pani jakąś kurację hormonalną? Możliwe było przytycie?
— Chyba Pan nie sugeruje, że Kate nie jest w ciąży! — Oburzył się Bill. — Widziałem test! Najpierw wmówiliście mi, że jestem bezpłodny, a teraz kiedy okazuje się, że mam mieć dziecko, to nagle go nie ma, tak?!
Poczułam pustkę w sobie. Przed oczami nagle pociemniało, pojawiło się znajome pieczenie łez. W szafie sypialni leżał już zielony rożek w żółte żyrafki, który kupiłam niespełna tydzień temu, aby podczas tych pierwszych tygodni móc w nim nosić dzidziusia... Ból jeszcze bardziej wzrósł i zrozumiałam, że już dłużej nie chcę tego znosić. Wolę umrzeć, z tą ciążą, czy bez niej, ale niech już podadzą mi ten zastrzyk po którym nic nie będę musiała czuć!
— Nie, po prostu chodzi o to – tłumaczył nieco zawile lekarz — że gdyby Pana żona brała środki hormonalne, to test mógłby się pomylić.
— Ona nic nie brała!
— Jezuu! — Zawyłam. — Zróbcie coś, do cholery! Zaraz mnie rozerwie!
Ale ginekolog nie podniósł słuchawki i nie wykręcił numeru do pokoju pielęgniarek.
— Musi Pani to znieść, Kate. — Powiedział rzeczowo. — To może się powtarzać.
Pot oblewał mnie z każdej strony, słone łzy pociekły po policzkach. Turlałam się na fotelu ginekologicznym, z prawa na lewo, z lewa na prawo, wrzeszcząc:
— Powiedzcie mi w końcu, czy mam dziecko! Co z moim dzieckiem?!
— Spokojnie, widzę rozszerzone ujście pochwy, histeryczne zachowanie i zaraz pójdziemy na USG. Dziecko na pewno jest. Tylko spokojnie. — Zwrócił się ponownie do Billa. — Niektóre kobiety mają miesiączki w czasie ciąży, a dużo po prostu krwawi, z wysiłku. Zaleciłbym leżenie w łóżku i przysłowiowe „nicnierobienie”. Nie chcemy się przecież nabawić problemów z łożyskiem. No, Kate, bądź dużą dziewczynką i już nie płacz.
Mąż podał mi papierową chusteczkę i dotknął delikatnie moich włosów.
— Jesteś taka dzielna. — Szepnął, gdy lekarz wypisywał coś w mojej karcie. — Damy sobie radę. Nie pozwolę, żeby ktoś skrzywdził nasze dziecko.
— Będzie miała Pani taki maleńki brzuszek, pewnie to dziewczynka. — Krzyknął z drugiego końca pomieszczenia ginekolog. — Może się Pani już ubrać, idziemy na USG. Pewnie ma Pani jakąś małą królewnę w brzuszku. Zaraz ją obejrzymy.
Na USG było już dużo fajniej. Wysmarowali mnie chłodnym żelem, a potem Czarnowłosy mógł pojeździć po mnie kamerą aparatu. Przekonałam się, że naprawdę mam dziecko w brzuchu, a kiedy zobaczyłam je po raz pierwszy na ekranie, ból brzucha natychmiast ustąpił i instynktownie złapałam Billa za rękę.
— Ale piękny. — Szepnęłam, gapiąc się z zapartym tchem na jakąś nieco zdeformowaną kulkę.
Wiedziałam, że mały tak naprawdę nie jest zbyt ładny, że teraz to para rączek, nóżek, tułów i główka, w której rysują się już czarne oczka, ale matczyna miłość do tej istoty sprawiła, że jakkolwiek byłaby brzydka, zawsze kochałabym ją pięknie i czysto.
— Zaraz przełączymy na widok 3D. — Mruknął lekarz, majstrując coś przy maszynie. — O, proszę.
— Och! — Wysapał mój mąż. — Coś tu ma! Między nóżkami, to... on ma... ptaszka!
Przyzwyczajony do niecenzuralnych nazw swojego przyrodzenia Kaulitz miał wyraźny problem z jego określeniem. Zachichotałam cichutko, jeszcze mocniej ściskając jego dłoń. Więc chłopiec... Wspaniale.
— Cudowny, prawda? — Zagadnęłam, marząc tylko o tym, by pogłaskać brzuszek. — Już nie mogę się Ciebie doczekać, Kochanie.
— Słyszy Cię. Spójrzcie, co robi.
Lekarz wskazał na ekran, na którym mój synek wyraźnie się poruszał. Jego rączka podniosła się i wędrowała gdzieś ku górze. Zamknął maleńką piąstkę i wysunął kciuk, biorąc go do ust.
— Ssie palec. — Zauważyłam natychmiast. — Jakie to urocze...
— To jeszcze nie wszystko, natura sprytnie go urządziła. — Mężczyzna przejechał palcem po ekranie. — Widzi Pani? To pępowina. Nauczy się nią bawić, rozpoznawać głos, bicie serca, radości i smutki mamy. Proszę do niego dużo mówić. To da mu poczucie bezpieczeństwa, dzieci czują, że są wyczekiwane, chciane i kochane. To bardzo ważne.
Nie było wątpliwości, że ten szkrab jest najbardziej upragnionym dzieckiem na świecie. Poczułam przyjemny ucisk w klatce piersiowej, a maleństwo na ekranie ponownie zaczęło się wiercić.
♥♥♥♥
— Jak go nazwiemy? — Zapytał chłopak, wsiadając do samochodu.
Nadal stał tuż przed wejściem do kliniki, blokując wjazd innym kierowcom. Spokojnie przekręcił kluczyk w stacyjce i odjechał, niczym się nie przejmując.
— Jeszcze nie wiem. — Kate uśmiechnęła się szeroko. — Jakoś ładnie. Ale zielony rożek będzie pasował...
Czarnowłosy zmarszczył czoło.
— Kupiłaś rożek? — Zdziwił się. — Bez mojej wiedzy.
— Ot, taki tam drobiazg. — Wzruszyła lekko ramionami. — Nie był drogi, jak chcesz, to kupię inny, niebieski.
— Miałem niebieskie śpiochy, jak byłem mały. — Kaulitz roześmiał się serdecznie. — Były śliczne, z takim misiem na brzuszku.
Blondynka połaskotała go palcem po policzku.
— Moje, moje maleństwo. — Zaszczebiotała po matczynemu. — Stój!
Wokalista nacisnął gwałtownie hamulec, a auto podskoczyło. Kate jęknęła, rozcierając obolały brzuch.
— Przy takich wypadkach nawet leki przeciwbólowe nie działają.
Udało jej się wyprosić kilka silnych tabletek na doktorze Schildzie. Po ich zażyciu dziewczyna czuła się zdecydowanie lepiej, ale każdy gwałtowniejszy ruch powodował natychmiastowe ukucie bólu.
— Co się stało? — Bill dyszał ciężko. — Myślałem, że ktoś nam zajechał! Zwariowałaś?!
— Nie. — Jego żona lekko pokręciła głową, po czym wyciągnęła palec za okno. — Tu jest otwarty sklep spożywczy.
— Tak, i co z tego? — Dopytywał chłopak.
— Mam ochotę na coś kwaśnego.
Kaulitz uśmiechnął się ze zrozumieniem, zaparkował na poboczu i wybiegł z samochodu, by po kilku sekundach zniknąć w drzwiach sklepiku.
Mijały kolejne miesiące, a brzuszek Pani Kaulitz rósł bardzo powoli. Choć była w szóstym miesiącu, wyglądała, jakby kończyła czwarty. Doktor Schild przy każdej wizycie żartował z rozmiarów ich synka, którego pieszczotliwie przezwał „Skrzacikiem”.
Bill sam wziął się za urządzanie pokoju malucha, z niewielką pomocą Toma. Bliźniacy pomalowali ściany na jasną, ożywczą zieleń, udało im się złożyć dziecięce mebelki, przywiesili kilka obrazów bajkowych zwierzątek, a przyszły tatuś codziennie znosił do domu coraz to nowsze pluszowe maskotki. Kate godziła się na to z szerokim uśmiechem – była zachwycona tym, jak bardzo jej mąż przejmuje się ciążą.
Ona sama nie mogła już chodzić na zakupy, przez dłuższy czas stać w jednym miejscu, czy też podejmować jakikolwiek inny wysiłek fizyczny. Ginekolog z bólem serca przyznał, że ciąża jego ukochanego pacjenta, Skrzacika, jest zagrożona i jeśli mama nie zdecyduje się zwolnić tempa, prawdopodobnie straci dziecko, albo będzie musiała urodzić je wcześniej. Każdy kolejny dzień, w którym mały przebywał w jej brzuchu był zbawienny. Im później miał się urodzić, tym lepiej dla niego. Sam doktor Schild uważał, że najlepiej byłoby, gdyby udało im się zatrzymać chłopca w brzuchu do naturalnego rozwiązania, które miało nastąpić na samym początku lipca.
Tak więc, dzień po dniu, dziewczyna tkwiła w łóżku, zajadając się kwaśną kapustą i oglądając kolejne programy telewizyjne. Raz na jakiś czas udało jej się wyrwać na spacer, czy też pojechać z mężem nad jezioro, by oglądać pierwsze wiosenne oznaki. Robiło się coraz cieplej, a chłopiec w brzuszku wyraźnie to wyczuwał. Coraz częściej się wiercił, marząc pewnie, by zobaczyć już ukochaną mamę. Nauczył się też rozpoznawać głos taty, reagując na niego bardzo żywiołowo. Zawsze, kiedy dłoń Billa spoczywała na skórze brzucha, maluch instynktownie starał się dotknąć go od wewnątrz, by dać tatusiowi do zrozumienia, że wciąż tam jest.
W domu spokojnych Kaulitzów zapanował nagły chaos. Wszyscy chcieli obejrzeć ciężarną Kate. Simone pojawiała się przynajmniej raz na tydzień, Mandy i Tom przychodzili z Jacobem prawie codziennie, a raz w miesiącu, po tym, jak dziewczyna po raz pierwszy sama zadzwoniła do Polski, przyjeżdżali rodzice z bratem i dziadkami. A trzeba przyznać, że było na co patrzeć: choć brzuch dziewczyny był niewielki, ona sama znacznie wyładniała. Oczy lśniły szczęściem, cera promieniowała zdrowiem i witalnością. Kuba stukał delikatnie „do dzidziusia Kate”, a chłopiec odpowiadał mu leciutkim kopnięciem.
Minęło siedem miesięcy i wszystko nadal było dobrze.